KINO / DVD 

Łowca Czarownic – przyjemne kino rozrywkowe [recenzja] [film] [fantasy]

Fotosy Vina Diesela, na których przypominał bohaterów serialu „Wikingowie”, intrygowały. Natomiast sam zarys fabuły „Łowcy czarownic” jakoś nie przekonywał, niejeden aktor i niejeden reżyser sparzył się na już takiej tematyce. Na całe szczęście, film okazał się być całkiem przyjemną, często uderzającą  w komediowe tony rozrywką.
„Łowca czarownic”, biorąc pod uwagę samą rolę Diesela, przypomina miejscami „Nieśmiertelnego”, ale mamy tu wiele innych popkulturowych zapożyczeń, znanych dobrze choćby ze współczesnych seriali.

 

Po zwiastunach, po odgrzewanej po wielokroć i z reguły przynoszącej filmowe rozczarowania tematyce, wybierając sie do kina nie spodziewałem się po „Łowcy czarownic” zbyt wiele. Vin Diesel jakoś nie pasował mi do takiej roli, zazwyczaj widzi się w niej posępnych facetów z długimi włosami i w czarnych płaszczach, wygłaszających bombastyczne teksty, tuż przed lub tuż po dokonaniu eksterminacji przeciwnika. Owszem, było na poważnie, choćby w tym momencie, kiedy polujący na czarownice od ośmiuset lat Kaulder przyznał, że „Salem było błędem”.  Poza tym, Vin Diesel robi w filmie to, do czego nas przez lata przyzwyczaił – nie patyczkuje się z przeciwnikami, no i rzuca co jakiś czas efektownym one-linerem, w czym dzielnie sekundują mu pozostali aktorzy. A wśród nich są całkiem dobrze bawiący się na planie Michael Caine, właściwie powtarzający swoją rolę z „Batmanów”, Elijah Wood z koloratką na szyi i z czasem nabierająca coraz większego znaczenia w fabule, pamiętna z roli Ygritte w „Grze o Tron” Rose Leslie, w roli sympatycznej czarownicy.

Sama fabuła jest prościutka. Osiemset lat temu Kaulder wraz z dzielnymi towarzyszami pokonali Królową czarownic, która przez lata zsyłała na ludzi przeróżne plagi. Jej uśmiercenie miało jednak swoją cenę – Kaulder zostaje przez posiadającą potężne, mroczne moce władczynię obdarzony klątwą nieśmiertelności. Odtąd będzie zajmował się tropieniem i likwidowaniem zarówno pozostałych na świecie, jak i nowo narodzonych czarownic i czarowników. W jego misji przez całe długie lata pomagają mu kolejni członkowie Zakonu Topora i Krzyża, nazywani w filmie Dolanami. Kiedy fabuła po osadzonym w dawnych czasach prologu przenosi sie do współczesności, bohaterów czeka najcięższa z przepraw, bo oto tajemniczy przeciwnik zamierza wskrzesić zmarłą przed wiekami Królową.

Film, biorąc pod uwagę samą rolę Diesela, przypomina miejscami „Nieśmiertelnego”, ale mamy tu wiele innych popkulturowych zapożyczeń, znanych dobrze choćby ze współczesnych seriali, jak ‚Grimm”, „Constantine”, „Buffy”, czy „Jeździec znikąd”. „Łowca czarownic” jest niczym kolejny, dłuższy epizod którejkolwiek z tych produkcji, tylko z większym budżetem i gwiazdami w obsadzie. Najlepiej ogląda się tu interakcje Vina Diesela i Elijaha Wooda, czyli Dolana numer 37, aż szkoda, że nie dano tej parze więcej ekranowego czasu. Większy budżet jest dosyć często widoczny, szczególnie w scenach akcji, ale jest tu też kilka klimatycznych sekwencji z prawdziwie posępnym, malarskim zacięciem. Finałowe starcia, przeplatane z wizjami bohaterów zaskakują nastrojem i kontrastującą ze sobą kolorystyką. Sam Vin Diesel całkiem nieźle spełnia się w roli rezolutnego łowcy czarownic. Aktor, podobnie jak niegdyś Arnold Schwarzenegger, ma do swoich ról dystans i dobrze wie na co go stać, i na co może sobie pozwolić. Jego gra nadal trąci aktorskim drewnem, szczególnie jest to widoczne w pozujących na „poważne” dialogach z pozostałymi postaciami, ale jakoś to specjalnie nie przeszkadza. Ot, co znaczy marka – Diesel pracował na nią przez lata, budował wizerunek sympatycznego, czasami misowatego twardziela, dał nawet drewnu – w „Strażnikach Galaktyki” – głos i teraz bez wstydu może grać w produkcjach typu „Łowca czarownic”. A my, dzięki tym staraniom aktora, możemy go oglądać bez poczucia zażenowania, które zbyt często towarzyszy nam przy filmach wielu innych, niegdysiejszych wielkich gwiazd.

foto Albert Pabijanek
Poprzedni

Piotr Rogucki: z miłości do fanów [wywiad]

Alberto Veranda Dzika Banda DB
Następny

Alberto Veranda - popkultura i sama słodycz [galeria]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz