KINO / DVD 

Łowcy zombie – truposze z penisem w tle [recenzja]

Miała być oryginalna komedia z zombie apokalipsa w tle, a wyszło jak zawsze – kilka czerstwych żartów, kilka ładnych pań i wyrywanie penisa. Niby to wszystko fajne, ale jakoś nie śmieszy.

 

Film Landona miał być hitem tej jesieni. Kolejny niskobudżetowy zabawny horror, który pozamiata konkurencję. Stało się jednak inaczej – zamiast pozamiatać konkurencję, „Łowcy…” zostali zamieceni z kin. Do tego stopnia, że film nie odrobił nawet swojego niewielkiego (piętnaście milionów USD) budżetu. A plany były ambitne. Film miał otwierać serię sequeli, być nową jakością w komediowym horrorze. I pewnie to mogło się udać, gdyby nie jeden drobny szczegół – zabrakło jakości. „Łowcy zombie” to bowiem nic innego jak monotonna powtórka najbardziej stereotypowych żartów o zombie, jakie znamy z innych, lepszych filmów. Ale po kolei.

„Łowcy…” to opowieść o parze kumpli, którzy dawno temu, kiedy byli dzieciakami wciągnęli się w ruch skautów. Teraz są już nastolatkami i jedynymi skautami w miasteczku. No prawie jedynymi. Jest jeszcze druh i zakompleksiony koleżka, który aspiruje do miana skauta. Pewnej nocy nasi bohaterowie postanawiają dać nogę z nocnego obozu, udając się na imprezę organizowaną przez studentów. Pech chce, że nagle odkrywają, iż ich miasto opanowały hordy zombie, a jedyną osobą, która może im pomóc jest pewna seksowna striptizerka. O ile jeszcze otwarcie „Łowców…” może bawić, to niestety im dalej w projekcję, tym gorzej, a film Landona grzęźnie w powielanych kalkach i banałach.

Chcecie wielką miłość, która przerwa atak zombie? Macie miłość. Chcecie dowcipy o puszczaniu wiatrów? Macie. Szalonego druha? Ostrą laskę? Wojsko? Seks oralny z zombie? To wszystko tu jest. Pech chce, że opowiedziane bez polotu i pomysłu. Autorom scenariusza wystarczyło bowiem inwencji na wymyślenie chwytliwego otwarcia (a co byłoby gdyby przed inwazją zombie mogli ocalić nas skauci…), reszta podporządkowana jest zasadom gatunku.

Oczywiście zapewne odrobinę krzywdzę ten film, ale wynika to przede wszystkim z faktu, iż od premiery „Wysypu żywych trupów” otrzymaliśmy całą masę dowcipnych i przewrotnych komedii zombie. Był „Fido”, „Zombieland”, „Dead Snow”, „Rabusie kontra zombie”, „Doghouse” i wiele innych. Żeby zaskoczyć kogoś, kto widział już tamte produkcje trzeba czegoś więcej niż urywania przyrodzenia. Niestety.

Swoją drogą po obejrzeniu tego filmu naszła mnie dość zabawna refleksja. Otóż kilka dni temu znajomy dziennikarz radiowy na odprawie dowiedział się od nowego szefostwa, że gra dla „zwykłego Seby” i musi trochę popierdzieć, trochę puścić żartów z YouTube’a, bo bez tego nie da się nic zrobić. Myślę, że producenci tego filmu też myśleli, że robią film dla „zwykłego Seby”, co to na YouTube ogląda, jak kolesie pierdzą w rękaw. Tłum „Zwykłych Sebów” miał ruszyć do kin. Nie ruszył. Zwykły Seba nie jest tak głupi, jak chcieliby producenci.

 

Uroboros
Poprzedni

Star Wars: Koniec i Początek - migawki z upadającego Imperium [recenzja]

the_revenant
Następny

"Zjawa", czyli Prawdziwa historia Hugh Glassa

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz