KINO / DVD 

Magic Mike XXL – rozmiar ma znacznie [recenzja]

„Magic Mike XXL” to film zbudowany z paradoksów. Nie ma w nim ani jednej sceny seksu, a i tak bezwstydnie nim ocieka; na pierwszym planie są tu gołe męskie klaty i pośladki, a i tak w centrum znajdują się kobiety; fabuła jest szczątkowa, a i tak bawimy się na nim nieprzyzwoicie dobrze.

W „Magic Mike’u XXL” przypominający młodych bogów aktorzy nie ścigają się na rozmiar. Ten, owszem, ma znaczenie, ale tylko jeśli weźmiemy pod uwagę skalę przekraczających granice wyobraźni układów tanecznych. Tu nic nie kręci się wokół męskiego ego, a wokół przyjemności kobiet w każdym wieku, o każdym rozmiarze i kolorze skóry. W tym celu panowie chętnie się rozbierają i nawet jeśli to tylko ich praca, to są w tym bardzo przekonujący. Kamera bezwstydnie fetyszyzuje ich ciała, a oni łatwo godzą się na spełnianie kobiecych wyobrażeń o ideale faceta. Oczywiście, jest to spełnienie tylko chwilowe, a film w swym stawianiu kobiet na piedestale jest tyleż staroświecki i pruderyjny, co nieznośnie powierzchowny, ale i tak trudno nie raz i nie dwa nie jęknąć z zachwytu: „o, Jezu, tak!”.

„Magic Mike XXL” nie udaje, że jest czymś więcej, niż dobrze skrojoną rozrywką, nakręconą ku uciesze wielbicieli nagich, idealnie gładkich i wyrzeźbionych męskich torsów i pośladków.

„Magic Mike XXL” po prostu nie udaje. Nie udaje, że jest czymś więcej, niż dobrze skrojoną rozrywką, nakręconą ku uciesze wielbicieli nagich, idealnie gładkich i wyrzeźbionych męskich torsów i pośladków. Te ciała istnieją po to, by ruszać się, przecząc wszelkim prawom fizyki – to, co wyczynia tu Channing Tatum, przyćmiewa wszystkie jego taneczne dokonania razem wzięte. Te ciała nie są po to, by skrywać jakieś głębsze rozterki. Owszem, panowie mają swoje ambicje i wątpliwości, bo dla każdego planowany występ jest ostatnim, ale te są jedynie delikatnie zaznaczone. Nie ma tu roważań o ciemnej stronie striptizu z pierwszej części cyklu, nakręconej przez Stevena Soderbergha. Jego wieloletni asystent, Gregory Jacobs postawił na nieskażoną mrokiem dobrą zabawę. A ta objawia się nie tylko w sekwencjach tanecznych, ale i w relacjach pomiędzy głównymi bohaterami – to jest też film drogi, sławiący męską przyjaźń i braterstwo.

„Magic Mike XXL” ma jednak jeszcze jedną ważną cechę, kto wie, czy nie najważniejszą. Trudno obecnie znaleźć w kinach film z głównego nurtu, który byłby tak genderowo wyzwolony. Film Jacobsa, nieważne, czy celowo, czy też całkiem przypadkiem, doskonale bawi się rolami płciowymi. Mężczyźni na własne życzenie odzierają się ze stereotypowo rozumianej męskości i stawiają siebie w roli sług. Gdy występują w klubie dla drag queens, tańczą przecież nie tylko dla kobiecej publiczności – to jest zresztą znamienne dla całego filmu, który nie boi się być atrakcyjnym także dla gejów. Grana przez Jadę Pinkett Smith postać Rome, właścicielki klubu dla czarnoskórych kobiet, była napisana dla mężczyzny. A przecież obecność Rome stanowi o przesłaniu filmu, celebrującego kobiece pożądanie. Są wreszcie panowie, którzy w swoim towarzystwie nie specjalnie krępują się, gdy spadnie im z pupy ręcznik, już nic nie mówiąc o pokazywaniu się sobie nawzajem w stringach.

Wyprawa do Myrtle Beach, gdzie ma odbyć się konwent striptizu, jest raczej ostatnią podróżą Magicznego Mike’a. Trudno sobie wyobrazić, by chłopaki chcieli jeszcze wracać do rozbierania się, zwłaszcza że przecież to tylko etap przejściowy. Przykład Channinga Tatuma, którego doświadczenie striptizera zainspirowało cykl, pokazuje to zresztą bardzo dobrze. Ale ten sam Channing udowadnia, że nie warto odcinać się od swojej młodości. Można rozwijać się jako aktor i nadal pozostać seksualnie nieskrępowanym i… niebezpiecznym.

ŹRÓDŁO: ONET

Disney/Marvel
Poprzedni

Ant-Man - mrówki górą [recenzja]

Taurus Media
Następny

Locke & Key #3: Korona Cieni - rasowy horror paranaormalny [recenzja]

Alicja Sterna

Alicja Sterna

Współpracowniczka Onet.pl

Brak komentarzy

Dodaj komentarz