KINO / DVD 

Marsjanin – filmowa pochwała humanizmu [recenzja]

Fani science fiction z niecierpliwością zacierali dłonie na filmowego „Marsjanina” . Książkowy pierwowzór Andy’ego Weira najpierw w 2011 roku przebojem wdarł się na szczyt listy elektronicznych bestsellerów Amazona, by w końcu po trzech kolejnych latach zasłużyć sobie na znalezienie się w druku. Już same perypetie związane z jego publikacją mogłyby stanowić podstawę do emocjonującego film o walce z przeciwnościami losu, a biorąc pod uwagę możliwości tkwiące w materiale… no cóż, kwestią czasu było, zanim Fabryka Snów dostrzeże w nim prawdziwą żyłę złota.

Jedno trzeba przyznać hollywoodzkim producentom – jeśli chodzi o potencjalne hity, nie zasypują gruszek w popiele. Ekranizację „Marsjanina” zrealizowano w imponującym czasie półtora roku od premiery papierowej wersji książki. Na realizację przeznaczono ponad stumilionowy budżet, do występu w filmie udało się również namówić wyjątkowo mocną obsadę, z Mattem Damonem, Jessicą Chastain, czy Jeffem Danielsem na czele. Reżyserię ostatecznie powierzono Ridley’owi Scottowi, dla którego po średnio udanych „Prometeuszu” i „Exodusie” mogła być to ostatnia szansa na udowodnienie przynależności do ścisłej czołówki hollywoodzkich reżyserów.

„Marsjanin” to krzepiąca opowieść o wierze w potęgę ludzkiego rozumu, o wierze w wartości wyższe niż materialne dobra – przekonaniu, ze jednocząc się, możemy dokonać rzeczy niemożliwych.

Zadanie było wcale niełatwe, bo choć z jednej strony historia pozostawionego na Marsie astronauty wydawała się istnym samograjem, to z drugiej – cholernie trudnym kawałkiem materiału do przeniesienia na filmową taśmę. Sporo naukowych szczegółów, rozpiętość czasowa powieści, wreszcie dwutorowa narracja wymuszająca odpowiednie zbalansowanie historii na barkach postaci. Polec można było na wielu frontach, ale tych którzy jeszcze nie mieli okazji się o tym przekonać na własne oczy, spieszę uspokoić – pan Scott tym razem sprawy nie pokpił.

Głównym bohaterem opowiadanej historii jest Mark Watney, jeden z astronautów uczestniczących w marsjańskiej misji Ares 3. Wskutek dramatycznych okoliczności podczas ewakuacji załogi z powierzchni planety, zostaje uznany za martwego i pozostawiony na Marsie. Osamotniony i nie mogący oczekiwać pomocy przez następne kilka lat astronauta, będzie musiał użyć całej swojej wiedzy i umiejętności, by przeżyć.

W książkowym oryginale losy Watneya poznawaliśmy z prowadzonych przez niego dzienników, od czasu do czasu uczestnicząc także w wydarzeniach na Ziemi czy promie komicznym. Film ma podobną konstrukcję. Podczas gdy NASA naprędce organizuje plan ratunkowy, Watney rejestruje swoje przeżycia za pomocą nagrań wideo.

Jedno jest pewne. Droga do domu jest daleka i z pewnością nie będzie usłana różami.

Najnowszego filmu Scotta nie sposób nie porównywać do wcześniejszego o kilka lat „Moon”, eksplorującego podobny temat samotności człowieka w kosmosie. W opozycji jednak do filmu Duncana Jonesa, „Marsjanin” uderza w nieporównywalnie bardziej optymistyczne tony, stając się czymś na wzór filmowej pochwały humanizmu. Watney, jak sam mówi – wyznaje zasadę, że tylko działanie może doprowadzić nas do ostatecznego sukcesu. Poczciwy astronauta radzi sobie więc z kolejnymi problemami, nie tracąc pogody ducha i od czasu do czasu rzucając ironicznymi komentarzami.

I choć czasem sukcesy Watneya zdają się przychodzić zbyt łatwo, takie podejście do tematu – zgodne z duchem książki zresztą – niekoniecznie musi być wadą, zwłaszcza, że Scott potrafi też w odpowiednich momentach podkręcić dramaturgię i ścisnąć widza za gardło. Tym bardziej żałować można okrojenia historii o kilka istotnych książkowych wątków, jak choćby finalnej, emocjonującej podróży Watneya do misji Ares 4.

Realizacyjnie film prezentuje się wybornie. Dariusz Wolski udowadnia, że należy do czołówki zdjęciowców – filmowy Mars jest bardziej wiarygodny, niż kiedykolwiek. Podobnie scenografia, czy użyte w produkcji makiety, wykonane są z należytą dbałością o szczegóły, nie pozostawiając wrażenia sztuczności. Wrażenia wizualne dopełnia znakomita, monumentalna muzyka Harry’ego Gregsona-Williamsa, w odpowiednich momentach uzupełniana przez kapitalnie użyte kultowe kawałki disco z lat 80’.

Niebagatelną robotę w budowaniu świata przedstawionego wykonuje też wspomniana na wstępie plejada gwiazd. Matt Damon nie tyle gra, co po prostu jest Markiem Watneyem – i nie sposób mu nie kibicować. Pozostała część obsady gra równie swobodnie, a co ważne, każdy dostaje tu swoje pięć minut.

Ridley Scott wraca na wielkie ekrany w dobrej formie. Jego „Marsjanin” to krzepiąca historia o człowieku zmuszonym do przetrwania ekstremalnej sytuacji, ale i coś ponadto. To także opowieść o wierze w potęgę ludzkiego rozumu, o wierze w wartości wyższe niż materialne dobra – przekonaniu, ze jednocząc się, możemy dokonać rzeczy niemożliwych.

W takie wartości chcą wierzyć twórcy „Marsjanina”. I zgoda, że to naiwne. Nadal jednak bez wątpienia ważne i piękne.

Successbl / Dzika Banda
Poprzedni

Najlepsze komiksy 2015 [podsumowanie roku]

Artisan Entertainment
Następny

Ry Cooder - instytut pamięci muzycznej

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski

Urodzony w 1987 roku w Środzie Wielkopolskiej. Z wykształcenia magister Administracji, choć zawodowo związany z branżą logistyczną. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę.

Publikował w "Nowej Fantastyce", a także w serwisach "Horror Online", "Szortal" (audiobook "Reguła Rothmana"), "Niedobre Literki" i "film.org.pl". Kilkukrotnie wyróżniony w konkursach na opowiadania organizowanych przez portal "Nowej Fantastyki". Z "Dziką Bandą" związany od października 2015 roku.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz