KINO / DVD 

Marsylski łącznik – kryminalna petarda [recenzja]

Ten film przeleciał przez polskie kina z prędkością meteorytu. A szkoda, bo film Jimeneza to jeden z najlepszych kryminałów jakie powstały w ostatnich latach.
Jest więc przynajmniej na samym początku „Marsylski łącznik” współczesnym westernem z nieugiętym sędzią zamiast szeryfa. Piszę na początku, bo Jimenez bardzo szybko zaczyna zacierać granice między złym a dobrym.

Część tej historii już znamy bardzo dobrze. Opowiedział ją w genialnym „Francuskim łączniku” William Friedkin. Tam jednak skoncentrowano się na amerykańskim aspekcie sprawy, czyli policjantach ścigających szefa francuskiej mafii przerzucającej do Stanów tony heroiny. Rzecz wydarzyła się naprawdę. Przez niemal trzydzieści lat Marsylia była największym punktem przerzutowym narkotyków z Europy do Stanów. Proceder ten zakończono, (choć tak naprawdę lepiej brzmiałoby ukrócono) dopiero w latach 80 ubiegłego wieku. Friedkin w swoim filmie pokazał opartą na faktach historię dwóch gliniarzy, którzy za wszelką cenę próbowali schwytać szefa mafii, zaś Jimenez blisko pół wieku później pokazał drugą stronę tej opowieści – czyli to, co działo się we Francji i jak pewien uparty stróż prawa wypowiedział wojnę wpływowemu gangsterowi.

Sędzia Pierre Michel był szeregowym pracownikiem wydziału sprawiedliwości. Ambitnym, ale bez większych perspektyw. DO dnia, kiedy szefostwo przydziela mu nową sprawę – ma zając się dochodzeniem w sprawie Gaëtana ‚Tany’ego’ Zampy, narkotykowego bossa, który stoi za przerzutem heroiny z Marsylii do Stanów. Tak zaczyna się gra w kotka i myszkę, która zmieni historię kryminalistyki a z Michela uczyli legendę i postać niemal mityczną.

Jimenez otwiera swój film sceną genialną. Prosta realizacyjnie sekwencja egzekucji wbija w fotel i pozwala się widzowi ruszyć. Oto wejście w świat brutalnych porachunków. Tu nie ma miejsca na żarciki z ksyw i budowanie postaci rodem z „Chłopców z ferajny”. W „Marsylskim łączniku” zbrodnia nie jest ani piękna ani uwodząca. Jest brudna, okrutna i bezlitosna. A przede wszystkim niebywale wpływowa. Kiedy Michel podejmuje walkę z Zampą wydaje mu się, że mając po swojej stronie policję, szybko upora się z gangsterem. Niestety niebawem się przekonuje, że w walce z handlarzami narkotyków jest zupełnie sam, a większość policjantów pracuje dla drugiej strony.

Jest więc przynajmniej na samym początku „Marsylski łącznik” współczesnym westernem z nieugiętym sędzią zamiast szeryfa. Piszę na początku, bo Jimenez bardzo szybko zaczyna zacierać granice między złym a dobrym. Im mocniej poznajemy zarówno sędziego jak gangstera tym trudniej postawić się jednoznacznie po którejś stronie. Obaj są chorobliwie ambitni, obu więcej łączy niż dzieli i obaj zrobią wszystko, aby osiągnąć swój cel. Rewers i awers tej samej monety. Kto zatem jest lepszym człowiekiem – ten, który naraża na niebezpieczeństwo swoją rodzinę, czy ten, który o nią dba? Czy sędzia łamiący prawo jest jeszcze bohaterem czy już gangsterem? Nie są to w kinie kryminalnym motywy nowe, ale to, z jaką werwą bawi się niemi Jimenez po prostu powala. Zaś wymyślona przez niego, (bo rzeczywiście nigdy nie miała miejsca) scena spotkania gangstera i sędziego to już absolutne mistrzostwo świata. Czuć w niej echa kina Michaela Manna, ale obrobionego autorsko, z pomysłem. Zresztą cały film jest taki. Niby nic nowego, ale opowiedziane z inwencją i niebywałą wręcz energią. Ale w sumie czy to jeszcze kogoś dziwi? Nie powinno.  Nie od dziś wiadomo, że jeśli szukamy mocnego, inteligentnego kina kryminalnego to przede wszystkim we Francji.

Replika
Poprzedni

Harry Angel - podróż w mrok [recenzja]

Pięćdziesiąt twarzy Greya DB
Następny

Pięćdziesiąt twarzy Disneya [galeria NSFW]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz