KINO / DVD 

Misconduct – Hopkins i Pacino w przeciętnym thrillerze [recenzja]

Na widok plakatu do „Misconduct” kinomanom mocniej zabiłyby serca… kiedyś. Dzisiaj, fakt wystąpienia w jednym filmie Ala Pacino i Anthony Hopkinsa, nie wzbudza już niestety wielkich emocji.
W „Misconduct” w miarę przekonująco wypada może Hopkins, ale Pacino tworzy smutną parodię swych dawnych ról, a główny bohater w wykonaniu Josha Duhamela jest po prostu bezpłciowy.

Symptom „rdzewienia starej gwardii” jest zresztą ostatnio powszechnie zauważalny. Jeszcze jakiś czas temu wydawało się, że od grania ogonów jest w przemyśle filmowym Nicolas Cage, choć to przecież nieprawda, bo uznani aktorzy odcinali kupony od swojej sławy od zawsze. Przypomnijmy sobie choćby przyjemną, kinową emeryturę Maxa von Sydow i już wiadomo o czym mowa. Bo i Robert de Niro rozmienia się na drobne i robią to też inni, wielcy aktorzy. Tylko dlaczego musi się to zazwyczaj równać graniu w przeciętnych, często słabych filmach?

„Misconduct” to thriller prawniczy, z niezłą, przynajmniej w pierwszej połowie, gęstniejącą atmosferą. Czuć, że twórcy tworząc fabułę i stosując charakterystyczne ujęcia zapatrzyli się i w klasyczne filmy Hitchcocka, i w obrazy Briana De Palmy z jego najlepszych lat. Problem w tym, że reżyser o egzotycznym nazwisku, Shintaro Shimosawa, to nie, dajmy na to, David Fincher i udało mu się położyć rozgrywającą konwencję paranoicznego thrillera historię.

Początek zdolny jest nawet zaintrygować. Oto mamy typową dla świata wielkich pieniędzy parę – mocno starszy pan i jego o kilkadziesiąt lat młodsza, atrakcyjna partnerka. Straszy pan to potentat rynku farmaceutycnzego, Arthur Denning, (w wykonaniu Hopkinsa), kochanka to Emily Hynes, która jest także jego pracownicą. Dochodzi między nimi do sprzeczki, rozstają sie, a po jakimś czasie Denning dostaje sms ze zdjęciem pobitej Emily i żądaniem okupu. W miejscu przekazania pieniędzy dochodzi do dość nieprzewidywalnej reakcji bohatera granego przez Hopkinsa i wówczas, fabuła niespodziewanie cofa się o tydzień, dając widzowi możliwość prześledzenia wydarzeń, które doprowadziły do porwania partnerki bogacza.

Dopiero wtedy pojawia się główny bohater filmu, Ben Cahill, ambitny prawnik przeżywający małżeńskie problemy. Emily okazuje się być jego dawną dziewczyną,  która skontaktowawszy się z nim po bardzo długim okresie niewidzenia, nie tylko próbuje go uwieść skarżąc się na swojego starszego kochanka, ale też przekazuje mu pendrive z dowodami finansowych machlojek Denninga. Już wowczas zaczyna w widzu dojrzewać myśl, że być może żadnego porwania nie będzie, tylko dawna para uwikła się w jakaś bardziej skomplikowaną intrygę. W rezultacie adwokat pewnie okaże się naiwniakiem, kobieta go wykorzysta i tak to się skończy.

Otóż wcale nie, co jest dosyć zaskakujące, problem w tym, że zaskoczeń robi się z czasem zbyt wiele i w pewnym momencie te zwroty akcji po prostu zaczynają irytować. rzecz jasna pojawia się, w osobie szefa Bena,  Al Pacino, oddając w ręce ambitnego prawnika sprawę przeciwko Denningowi. Z czasem wszystko robi się inne, niż nam i biednemu bohaterowi się wydawało. Dochodzi jeszcze wątek ofiar testów leków wyprodukowanych przez firmę Denninga i wszystko się komplikuje nad wyraz, tworząc ze zwartego wydawałoby się we wstępie scenariusza, łańcuch nieprawdopodobieństw.

Trochę szkoda, bo film miał potencjał, jest przede wszystkim udanie sfilmowany, praca kamery bardzo dobrze odzwierciedla tu nastrój paranoi i uwikłania wszystkich bohaterów. Cóż z tego, kiedy scenariusz z czasem się sypie, a grający swe role panowie po prostu nie dają rady. W miarę przekonująco wypada tu może Hopkins, ale Pacino tworzy smutną parodię dawnych ról, a główny bohater w wykonaniu Josha Duhamela jest po prostu bezpłciowy. A skoro mowa o płciach, to honor aktorski ratują w „Misconduct” kobiece bohaterki. Nie dość, że na grającą Emily, Malin Akerman i odtwarzającą rolę żony adwokata Alice Eve patrzy się z przyjemnością, to obie panie kradną swym męskim partnerom cały film. Szkoda jedynie, że to film zaledwie przeciętny.

 

 

 

Captain America
Poprzedni

Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów - rozmyty konflikt [recenzja]

DEFTONES-FB-OG
Następny

Gore - Deftones na jakie czekaliśmy [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz