KINO / DVD 

Mission: Impossible – Rouge Nation – prawie jak stary Bond [recenzja]

„Mission: Impossible – Rouge Nation” to nie tylko letni blockbuster, ale przede wszystkim zmyślnie skonstruowany hołd dla kina szpiegowskiego. Taka zabawa w kino od Bonda po Bourne’a popisowo zagrana, napisana i poprowadzona.

Ciekawa sprawa z tą serią „Mission: Impossible”. Trochę podobna jak w przypadku „Szybkich i wściekłych”. To jest – dalsze części cyklu zdają się lepsze, a seria po długiej rozbiegówce nareszcie znalazła swój rytm i styl. I Tom Cruise, jako Ethan Hunt jakby się uspokoił. Już nie próbuje mieszać w jednej postaci stylistyk (najbardziej przeszarżował chyba w części drugiej – gdzie jawił się jako ni to nadczłowiek uwieszony na skałach, ni to super kochanek, ni to super szpieg) a gra Ethana dokładnie tak jak dawno temu został wymyślony – taki bardziej cwaniacki, jankeski odpowiednik Bonda. Z tą różnicą, że w przeciwieństwie do 007, Hunt potrafi pracować w zespole.

W piątej odsłonie Hunt po raz kolejny jest ścigany przez swoich pracodawców (CIA rozwiązuje struktury IMF i uznaje Hunta za zdrajcę). Tym razem bowiem nikt nie chce uwierzyć naszemu agentowi, że tajemnicza organizacja Syndykat istnieje, ma się dobrze i zagraża światu.  Z pomocą dawnych kolegów oraz pewnej podwójnej agentki o wdzięcznym imieniu Ilsa, Hunt będzie musiał złapać i unieszkodliwić byłego agenta MI6 – Salomona Lane’a.

„Rouge Nation” jest blockbusterem wzorcowym. Ale okazuje się, że „MI:5” to nie tylko efekciarstwo, ale dość mądrze wymyślona opowieść o kinie szpiegowskim.

Kiedy zacząłem oglądać „MI:5” niczego się nie spodziewałem. Lub inaczej – wydane przez studio pieniądze, zaangażowanie sprawnego reżysera, gwarantowały prosty blockbuster. Ale żeby coś więcej? A tu owszem tak – spora niespodzianka. Bo i owszem, jest „Rouge Nation” blockbusterem wzorcowym. Akcja galopuje tu na złamanie karku, zdjęcia oszałamiają, podobnie jak efekty specjalne. Ale okazuje się, że „MI:5” to nie tylko efekciarstwo, ale dość mądrze wymyślona opowieść o kinie szpiegowskim. McQuarrie (Oscar za scenariusz do „Podejrzanych”) to pasjonat kina gatunkowego, zwłaszcza kina sensacyjnego. W „Jacku Reacherze” pokazał, jak bardzo lubi filmy sensacyjne z lat 70. (nawet jeśli nie do końca udanie), zaś w „Rouge…” składa specyficzny hołd kinu szpiegowskiemu. Cały film bowiem złożony jest z elementów, które nawiązują do różnych estetyk i stylistyk. Mamy tu i zabawę klasycznym Bondem (takim z okresu Rogera Moore’a) w sekwencji wiedeńskiej, mamy ukłon w stronę korpothrillerów (wątek kłótni między Rennerem a Baldwinem), zabawę we współczesne paradokumentalne kino szpiegowskie i wreszcie wojnę płci rodem z lat 60. O dziwo ta żonglerka stylistykami ani na chwilę nie wymyka się reżyserowi z rąk, dzięki czemu dostaliśmy film dowcipny, przemyślany i daleki od blockbusterowego banału. Bez obaw – to wciąż czyste kino rozrywkowe a Tom Cruise robi tu rzeczy irracjonalne i niemożliwe. Ale kto powiedział, że kino rozrywkowe musi być od razu głupie i pozbawione swojego rozrywkowego drugiego dna?

CBS
Poprzedni

Serialowe trendy # 2: Paranoja

Egmont
Następny

Avengers #1: Świat Avengers - udana ofensywa Marvel NOW [recenzja] [komiks]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz