KINO / DVD 

Momentum – teoria filmowego chaosu [recenzja]

Pierwsze chwile z „Momentum” nie zapowiadają niczego niepokojącego. Wręcz przeciwnie – wysublimowana, futurystyczna okładka zachęca do seansu, zdając się sugerować, że będziemy mieli do czynienia z porządnym kinem akcji z pogranicza sci-fi. Nic bardziej mylnego – nie uświadczymy tu ani jednego, ani drugiego.

Film otwiera iście wystrzałowa czołówka, niejako powiązana z początkową sekwencją napadu na bank. Oto mamy grupkę czarnoskórych panów, bębniących w zaimprowizowane instrumenty. Dżentelmeni wygrywają podnoszący adrenalinę, wojenny rytm, a wszystko to podkreśla z offu krótka, acz płomienna przemowa Morgana Freemana. Pal licho już nawet niebezpiecznie kojarzące się z WordArtami napisy – pierwsze minuty to i tak zdecydowanie najmocniejszy punkt całego dzieła.

O historii jaką opowiada nam „Momentum” nie ma potrzeby sie wiele rozpisywać, bo jest prosta jak konstrukcja cepa – mamy grupę przestępców wynajętych do odzyskania z banku niezwykle cennego dysku z danymi. Zlecenie oczywiście okazuje się podpuchą i spiskiem skorumpowanych, rządowych oficjeli, a na życie Olgi Kurylenko i kolegów wkrótce zacznie dybać zaprawiony w bojach oddział zawodowych zabójców.

Większość scen akcji z udziałem protagonistki sprawia wrażenie, jakby do scenariusza dosiadło się dwóch adeptów szkoły filmowej, odrabiających na kolanach zadanie domowe.

Brzmi jak materiał na hit? Przy odrobinie szczęścia, na pewno tak. Z podobnego założenia wyszedł zapewne Stephen S. Campanelli, operator kamery, w ostatnich latach wchodzący w skład ekipy filmowej Clinta Eastwooda. Sprawę jednak w swoim debiutanckim dziele całkowicie pokpił. Delikatnie mówiąc.

Logika ekranowych wydarzeń w „Momentum” potrafi wręcz zadziwić – z wybijającym się na pierwszy plan momentem cofania na wielopoziomowym parkingu. Pomijając już nawet klasyczną dla kina klasy B niezniszczalność głównej bohaterki i przenikliwość godną Sherlocka Holmesa, na szczególne wyróżnienie zasługuje również jej zapożyczona chyba ze Star Treka zdolność teleportacji w pożądane miejsca.

Większość scen akcji z udziałem protagonistki sprawia zresztą właśnie takie wrażenie – jakby do scenariusza dosiadło się dwóch adeptów szkoły filmowej, odrabiających na kolanach zadanie domowe: „-Hej, bohaterka nie ma dokąd uciec, co z nią robimy?”. „- Weź ją wsadź na sufit.”. „- Ale jak się tam dostała?”. „- A czy to kogoś obchodzi?”.

A oś całej intrygi? Aż szkoda pisać. Uśmiech politowania, to najbardziej politycznie poprawne z określeń jakie przychodzi do głowy. Gwarantuję, że tak walniętego z przysłowiowej „grubej rury” potworka dawno nie widzieliście.

Sprawy nie polepsza aktorstwo. Olga Kurylenko bardziej wygląda niż gra, kamienną twarzą przywodząc na myśl rolę Giny Carano, ze stojącej na podobnym poziomie „Ściganej”. Morgan Freeman? Niewykluczone, że pomny na swe obietnice wobec reżysera nie wiedział nawet w co przyszło mu się zaangażować – szczęśliwie, jego występ w filmie zamyka się poniżej dziesięciu minut. Z trzech głośnych nazwisk najlepiej wypada James Purefoy, który wcielając się w ultra-złego rządowego zabójcę, jako jedyny potrafi bawić się konwencją – tyle, że to łyżka miodu w całej kadzi dziegciu.

Przy całym tym scenariuszowym bajzlu, filmu o dziwo nie ogląda się aż tak źle. Sprawny montaż i niezła muzyka starają się rekompensować nikłą logikę historii. Narzekać nie można też na dynamikę akcji. Na ekranie cały czas coś się dzieje – tu coś wybuchnie, tam ktoś przyleje innemu w twarz. Wszystko to sprawia, że dzieło Stephena S. Campanelliego przy odrobinie życzliwości można zakwalifikować jako rasowego przedstawiciela kina klasy B – ze wszystkimi jego zaletami i przywarami.

Mimo tego, „Momentum” z czystym sumieniem nie jestem w stanie polecić nikomu. Być może entuzjaści niezobowiązujących sensacyjniaków ze Stevenem Seagalem za lat 90′ będą się na nim dobrze bawić – cała reszta jednak, niechaj sięga po film na własne ryzyko.

Powergraph
Poprzedni

Wróżenie z wnętrzności – subtelna wiwisekcja [recenzja]

flet
Następny

Czarodziejski flet - wyjątkowo oryginalna łamigłówka [recenzja]

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski

Urodzony w 1987 roku w Środzie Wielkopolskiej. Z wykształcenia magister Administracji, choć zawodowo związany z branżą logistyczną. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę.

Publikował w "Nowej Fantastyce", a także w serwisach "Horror Online", "Szortal" (audiobook "Reguła Rothmana"), "Niedobre Literki" i "film.org.pl". Kilkukrotnie wyróżniony w konkursach na opowiadania organizowanych przez portal "Nowej Fantastyki". Z "Dziką Bandą" związany od października 2015 roku.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz