KINO / DVD 

Most Szpiegów – człowiek kontra historia [recenzja] [film] [dramat]

Po trzech latach od premiery „Lincolna” Steven Spielberg powrócił z kolejnym filmem, ponownie historycznym. Ci, którzy liczyli na powrót reżysera do kina rozrywkowego,  znowu muszą obejść się smakiem. „Most szpiegów” to podany w klasycznej formie, słodko-gorzki dramat o prawdziwych wydarzeniach sprzed kilku dekad, z bardzo dobrą rolą Toma Hanksa.
„Most szpiegów” nie jest żadną filmową laurką, nie powiewa tu amerykańska flaga, uwaga skupiona jest na pojedynczym człowieku, który niespodziewanie sam dla siebie, wpada w głębokie tryby światowej historii.

Spielberg za swój film być może zbierze baty od politykujących publicystów. Będą znowu narzekania o spłycenie historii, o przeinaczanie faktów, pewnie o zbytnie „uczłowieczenie” radzieckiego szpiega. Swoją drogą to trochę błędne koło, bo Amerykanów z reguły oskarża się o demonizowanie i przerysowywanie Rosjan, kiedy zatem grany znakomicie przez Marka Rylance’a Rudolf Abel zyskał ludzką twarz, pewnie wielu krytyków będzie na nie. Cóż, to film fabularny, a nie historyczny dokument i nawet jeśli ów film posiłkuje się materiałem historycznym, to wciąż tym właśnie pozostaje – filmem fabularnym, który z założenia posiada, związane ze zwykłymi wymogami widza uproszczenia (w „Moście szpiegów” wydarzenia przedstawione na ekranie, w rzeczywistości  rozgrywały się przez kilka, długich zapewne dla bohaterów lat, czego w filmie się nie odczuwa).  „Most szpiegów” jest i tak, biorąc pod uwagę mnogość przedstawionych w nim faktów dziełem w miarę obiektywnym, ciekawie portretującym obie strony zimnowojennego konfliktu i co najważniejsze, kierującym uwagę na innych uczestników wydarzeń, niż to zwykle bywa przy okazji takiej tematyki.

Grany przez Hanksa adwokat od ubezpieczeń, James Donovan, niespodziewanie zostaje wyznaczony przez palestrę do obrony, w procesie schwytanego przez FBI radzieckiego szpiega. Jest druga połowa lat pięćdziesiątych, zimna wojna trwa w najlepsze i już sam fakt, że szpieg będzie miał obrońcę, u niektórych ludzi powoduje wzrost ciśnienia, co wymownie obrazuje scena podróży adwokata kolejką i wpatrzonych z niego z pogardą pasażerów.  Nie jest również  z tego faktu zadowolona jego żona, prowadzący sprawę sędzia zbija wszystkie, logiczne argumenty adwokata, aż ten w końcu, bezradny w obliczu ogólnej niechęci, staje pod ścianą. Zaczyna rozumieć, że w tej sprawie nie działają racjonalne argumenty, ale w ostatniej chwili znajduje jedyny, który ostatecznie zmienia planowany przez sędziego wyrok. Donovan zadaje pytanie – a co, jeśli Rosjanie również schwytają szpiega? Gdyby zamiast na karę śmierci, skazać Abla na długoletnie więzienie, to będzie istniała realna możliwość, że schwytanych przez obie strony szpiegów będzie można wymienić.

Równolegle toczy się drugi wątek przygotowywania amerykańskich lotników do zwiadowczych lotów nad terenami ZSRR, możemy zatem spodziewać się, w jakim kierunku podąży fabuła.  Amerykański samolot zostaje zestrzelony, a pilot schwytany. I oto dla obu stron nadarza się okazja do pertraktacji w sprawie wymiany. To, jak ona przebiega, jest najciekawszym momentem „Mostu szpiegów”. Donovan zostaje poproszony przez amerykańskie władze o prowadzenie rozmów. W praktyce równa się to temu, że trafiając do miejsca pertraktacji, czyli do Berlina (który notabene gra w filmie Wrocław), jest praktycznie skazany sam na siebie. A nawet więcej – w pewnym momencie zaczyna zdawać sobie sprawę, że tak naprawdę bierze udział w kafkowskim z ducha przedstawieniu. Na całe szczęście z zawodu jest adwokatem, a ci praktycznie aktorstwo mają we krwi. I ponownie, gdy na obie strony nie działają racjonalne argumenty, czasami bardziej przekonujące od logicznych wywodów okazują się buńczuczne miny lub podniesiony, stanowczy głos, słowem zagrywki typowe dla mowa ciała. Widać tylko w ten sposób można skutecznie grać z historią.

„Most szpiegów” nie jest żadną filmową laurką, nie powiewa tu amerykańska flaga, uwaga skupiona jest na pojedynczym człowieku, który niespodziewanie sam dla siebie, wpada w głębokie tryby światowej historii. Historii, która w perspektywie Donovana staje się po prostu nieracjonalna. Adwokat nie może pojąć, że obie strony dla osiągnięcia własnych celów (określanych oczywiście jako wyższe), są w stanie poświęcić mniej znaczące w tej rozgrywce, ludzkie jednostki. W prosty sposób, na przykładach kontrastujących ze sobą, czasami subtelnych, w innych momentach uderzających z większą siłą detali, Spielberg buduje (i to nie tylko w podzielonym na strefy Berlinie) obraz dziwnego świata, w którym zwykły ludzki rozsądek zastępuje kalkulacja i walka o wpływy, a w tle rozgrywają się ludzkie tragedie. To jest właśnie największą siłą „Mostu szpiegów”, nie epatuje się w nim nachalnie mocnymi, wstrząsającymi obrazami, dzięki współpracy przy scenariuszu obu braci Coen cała opowieść toczy się powoli i precyzyjnie, bez fajerwerków, ale z czasem zaczynamy podskórnie odczuwać grozę tamtych czasów. Bo mimo wszystko, to jednak opowieść o dwóch różnych światach i choć Spielberg rozdaje razy sprawiedliwie, to przecież dobrze wiemy, po której stronie berlińskiego muru był ten straszniejszy z nich. Widać to w jednej, przerażającej dla Donovana scenie, ale jeszcze więcej mówi o tym sekwencja na tytułowym, będącym sporym kawałkiem zimnowojennej historii moście Glienicke. W jej kluczowym momencie przez ciało widza muszą przebiec nieuniknione dreszcze, a przecież nikt tu ani nie umiera, ani fizycznie nie cierpi, jest tylko wsiadający do samochodu człowiek. Nic wielkiego, prawda? Dopiero gdy znamy kontekst, długo od tego widoku nie można się uwolnić.

Media Rodzina
Poprzedni

Harry Potter i Kamień Filozoficzny - magiczna powieść z magicznymi ilustracjami [recenzja]

armia ton recenzja
Następny

Toń - Najsmutniejszy krążek Armii [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz