KINO / DVD 

Mr. Right – sympatyczny zabójca i jego zakręcona dziewczyna [recenzja]

„Mr. Right” zapewnia przyjemny, odprężający seans z prostego powodu. Twórcy zabawili się tu zarówno w łączenie odmiennych, filmowych  gatunków, jak i w odwracanie ich schematów.
Mr. Right” jest z założenia niepoważny, a nawet uroczo nihilistyczny.

Zrobiono to zresztą nie pierwszy raz. Podobnego połączenia filmu sensacyjnego z komedią romantyczną oraz zaprezentowania widzom podobnych par, na które składają się bezkonkurencyjny zabójca bądź agent i wplątana w jego poczynania kobieta, było już co najmniej kilka. Bruce Willis i Amanda Pitt w „Jak ugryźć dziesięć milionów”, ponownie  Bruce Willis i Mary-Louise Parker w „Red”, czy  Tom Cruise i Cameron Diaz w „Wybuchowej parze”.  W „Mr Right” mamy za to Sama Rockwella i znaną choćby ze „Zmierzchu”, wyjątkowo tu zabawną Annę Kendrick. W pewien sposób aktorka kradnie film świetnie bawiącym się na planie i udanie parodiującym swe poważniejsze role Rockwellowi i Timowi Roth’owi. Jest uroczą, sfiksowaną dziewczyną z dziwnymi pomysłami, w nieco szalonym stylu  przeżywającą na początku filmu zdradę chłopaka. Ale jest także kimś więcej i to właśnie uświadamia jej pewien uroczy, zawodowy zabójca.

Pierwsze sceny z odtwarzającym go Rockwellem są mocno dezorientujące. Zanim zacznie się rozwałka z polującą na niego grupą uzbrojonych po zęby przeciwników, bohater wpada z wizytą do pewnej pani, która jak wynika z przeprowadzanej między tym dwojgiem rozmowy, wynajęła hitmana do wyeliminowania męża. Co robi ów hitman? Najpierw gawędzi przez chwilę z kobietą, po czym – po uprzednim wykorzystaniu widocznego na plakacie filmu rekwizytu – eliminuje swoją zleceniodawczynię. Z biegiem czasu zadziwiają jego kolejne, niestandardowe zachowania, aż w końcu dostajemy nieco irracjonalne wytłumaczenie poczynań bohatera, które napędzają równie niestandardową fabułę. Zaś równolegle do wątków sensacyjnych obserwujemy rozwój romantycznego uczucia między dwójką zafascynowanych sobą bohaterów. Uczucia, które ostatecznie – szczególnie dla odtwarzanej przez Annę Kendrick Marthy – będzie rodzajem duchowego przebudzenia.

Zabrzmiało to ciut poważnie, a przecież na ekranie wcale takie nie jest. „Mr Right” jest bowiem z założenia niepoważny, a nawet uroczo nihilistyczny. Być może niektórzy widzowie będą zżymać się na wyluzowane potraktowanie w nim spraw życia i śmierci, ale właśnie istota tego filmu tkwi w tym, żeby nie traktować jego fabuły zbyt poważnie. To po prostu sympatyczna zabawa kinem, posiłkująca się odniesieniami do filmów Quentina Tarantino (gadający o głupotach gangsterzy), ale jednocześnie uciekająca przed ich dosłowną brutalnością. Większość gatunkowych  schematów postawiono tu na głowie, ale pod koniec okazuje się, że jednak twórcy nie zrobili tego ot tak sobie, dla beki. Wcale nie. Początkowe sceny stanowią klamrę z tymi końcowymi. Na tych początkowych mamy dzieciaki, wśród których widzimy, przedstawioną tu jako małą dziewczynkę, Marthę. Dzieci prezentują swoje rysunkowe prace oraz wyrażają swoje plany co do przyszłości. Ktoś chce być policjantem, ktoś prawnikiem, a w przypadku Marthy okazuje się, że ona nie ma jeszcze żadnych planów, ponieważ w tej właśnie chwili jest wariującym przed kamerą T-Rexem. Ano tak, z czasem  życie zabija w nas spontaniczność, ale zawsze istnieje szansa na jej odzyskanie. Choćby poprzez związek z sympatycznym, zawodowym zabójcą.

Rebis
Poprzedni

Ucieczka z raju - kosmiczny thriller [recenzja]

Egmont
Następny

All New X-Men #3: Zagubieni - Akcja, akcja, akcja i reakcja [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz