KINO / DVD 

Mroczny zakątek – zbrodnia na sprzedaż [recenzja]

Żyjemy w czasach, w których coraz mniej osób ma skrupuły, by spieniężyć swoją tragedię. Snują się od show do show, żerują na datkach od współczujących i piszą „terapeutyczne” książki. Na spowiedzi, oczywiście, też chcą zarobić. Tak jak Libby Day, bohaterka „Mrocznego zakątka”.
„Mroczny zakątek” to rasowy, duszny dramat kryminalny z kilkoma ciekawymi patentami. W okolicach puenty okazuje się intensywną, dobrze zmontowaną układanką.

Film Gillesa Paquet-Brennera jest adaptacją książki Gillian Flynn o tym samym tytule.

Libby Day była świadkiem zabójstwa bliskich – dwóch sióstr i matki. Nie miała pewności, co zaszło, ale jako winnego podczas procesu wskazała brata, Bena Daya. Teraz, wiele lat po tragedii, nie umie odnaleźć się w normalnym życiu. Egzystuje na pół gwizdka, z dnia na dzień, dorabia opowiadając swoją historię na spędach i w telewizji. I choć rozmienia swoją przeszłość na drobne, ledwie starczy jej do pierwszego. Otrzymuje jednak list od Lyle’a, z propozycją opowiedzenia swojej historii za parę stówek. Nadawca okazuje się kimś w rodzaju detektywa-amatora, gotowego rozgrzebać sprawę Dayów. Co najważniejsze – angażuje w sprawę klub sobie podobnych maniaków zbrodni.

Akcja biegnie dwutorowo. We współczesności obserwujemy Libby próbującą – początkowo niechętnie – rozwikłać, co naprawdę stało się tamtej nocy w domu, kto pociągnął za spust.

Retrospekcje odsłaniają powoli kulisy tragedii. Ukazują dramat rodziny próbującej przetrwać, mimo pustki w portfelu. Ojciec buja się po barach i przypomina o domu, gdy bieda zagląda w oczy. Matka dokonuje cudów odwagi i wytrwałości, by utrzymać czwórkę dzieci. Na naszych oczach dzielna kobieta traci kontrolę nad dziećmi i sytuacją.

Ta część filmu to zarazem pocztówka z czasów buntu pogubionych dzieciaków, które wierzyły w teksty Judas Priest, Slayera czy Misfits. Młodzi modlą się do Szatana, odprawiają zabawne, naiwne rytuały, wierzą w swój mroczny image i nie rozstają się z blantem. Tyle tylko, że taki obrazek nie służy jedynie wzbudzeniu nostalgii starych thrash-metalowców (choć gdy z głośników raz czy drugi popłynie łupanina, łezka może się w oku zakręcić). To bardziej próba uchwycenia, jak słabo zasiedziali dorośli radzą sobie z nowością, której nie rozumieją. Jak budują wokół niej stereotypy, które mogą doprowadzić do nieszczęścia.

Na początku „Mroczny zakątek” bawi się ciekawym zagadnieniem, może odrobinę zgranym, ale przedstawionym z ciekawej strony. Zbrodnia to show, zbrodnia to źródło zysku i wyciskacz łez. Osoba, którą morderstwa dotknęły najbardziej bez najmniejszych skrupułów czerpie zysk Gdzieś w połowie historii film porzuca kwestię dojenia tragedii, choć motyw pieniędzy nie znika z niego aż do końca. Przez większą część obrazu wydaje operuje jednak sztampowym emocjonalnym zagraniem, polegającym na ukazywaniu biednej rodziny, walczącej o przetrwanie farmy. W finale wszystko jednak składa się w całość i wybrzmiewa mocnym akordem. Trzeba przyznać, że to niezła zmyłka usypiająca czujność, podana jednak odrobinę zbyt banalnie. Kłopot w tym, że jest tylko zastępstwem dla problematyki, o której film gdzieś w połowie zapomina – a to właśnie wstęp przykuwa uwagę. Może nawet mocniej niż zagadka.

Reżyser buduje napięcie, jak podręcznik przykazał. Jest tempo, jest klimat zapyziałego, biednego i zahukanego miasteczka, zupełnie nieprzygotowanego na dziwną subkulturę. „Mroczny zakątek” angażuje nas w wydarzenia i utrzymuje w ciekawości. Wyjaśnienie wygląda wprawdzie na rozwiązanie z pogranicza deus ex machina, ale nie na tyle, by konstrukcja się posypała.

Momenty, w których film traci pazur, załatano grą aktorską. Błyszczą zwłaszcza trzy nazwiska, z których pierwsze jest dość oczywiste – Charlize Theron. Główna bohaterka kradnie obraz jako postać nieco zepsuta, zrezygnowana, w której dopiero budzi się chęć do walki. Na początku gra cynicznie, widać w niej żądzę zysku i ledwie zasklepione rany – które zresztą też wykorzystuje, by wyłudzić parę dolców. Do niej należy współczesna część filmu, bezapelacyjnie. W retrospekcjach rządzą dwie kreacje. Pierwszą, młodego Bena, odgrywa Tye Sheridan. Bardzo sprawnie uchwycił dobrego, ale zagubionego dzieciaka, który w imię poszukiwania tożsamości skazał się na towarzystwo kilku wyrzutków i górę oszczerstw. To postać złożona, tragiczna, porządnie odegrana. W pewnym momencie na scenę wkracza znana choćby z „Kick-ass” Chloe Moretz. Kiedy się pojawia, sceny z przeszłości nabierają intensywnych barw. Łączy w sobie naturę wrażliwej dziewczyny i szalonej, impulsywnej nastolatki. Nigdy nie wiemy, czy jej Diondra urabia wszystkich wokół, czy naprawdę przeżywa dramat. Moretz zagrała to z przytupem.
Mimo potknięć, „Mroczny zakątek” to rasowy, duszny dramat kryminalny z kilkoma ciekawymi patentami. W okolicach puenty okazuje się intensywną, dobrze zmontowaną układanką. I tylko jednego niewykorzystanego motywu szkoda…

Egmont
Poprzedni

MAD kręci SF [patronat]

fot. Mateusz Skwarczek / Leszek Zych / Tomasz Jodłowski
Następny

Szostak, Orbitowski, Twardoch - dzieci nowego popu [książka]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz