KINO / DVD 

Nice Guys. Równi goście – idealna komedia sensacyjna [recenzja]

Shane Black to człowiek, który dał nam „Zabójczą bron”, rewolucjonizując w latach 80. kumpelskie kino sensacyjne. Po klapie finansowej komedii „Kiss Kiss Bang Bang” na wiele lat zniknął z kina. Triumfalnie powrócił „Iron Manem 3” a teraz znów napisał i wyreżyserował kumpelski film akcji. „Nice Guys. Równi goście”. Film, który musicie obejrzeć. Jeśli tylko kochacie pyskate komedie i świetnie napisane postaci.

 

„Nice Guys” oglądałem jakiś miesiąc temu na tajnym pokazie. Ponieważ obowiązywało embargo na recenzje (i pisanie czy mi się podobało), nie napisałem od razu recenzji. Poza tym chciałem dać temu filmowi poleżeć. Nieczęsto bowiem zdarza mi się wychodzić z sali kinowej w euforii. A wtedy tak było. Film Blacka nie dość, że ubawił mnie do łez, to jeszcze przywrócił wiarę w dobrze napisane, szydercze kino sensacyjne. A kiedy coś zachwyca do takiego stopnia, warto dać emocjom opaść. Może upływ czasu zmieni spojrzenie na film? Może zmienię zdanie? No cóż – miesiąc minął. Embargo się zakończyło, a ja wciąż uważam, że „Nice Guys” to najzabawniejszy film, jaki obejrzymy w 2016 roku.

Tytułowi „Równi goście” to Holland March i Jackson Healy. Ten pierwszy to prywatny detektyw (wciela się w niego Ryan Gosling, który koncertowo kpi tu ze swojego wizerunku), samotny ojciec i etatowy alkoholik, który upija się do nieprzytomności, nawet prowadząc śledztwo. Do tego dodajmy jest straszną pierdołą. Jackson (Russell Crowe, który bawi się tu swoją kanoniczną rolą Buda White’a) to z kolei mięśniak do wynajęcia. Taki typ, co to mało myśli, ale mocno bije. Kiedy Holland dostanie zlecenie, drogi obu panów się skrzyżują. I to w mało sympatyczny sposób. Jackson bowiem będzie próbował wybić z głowy Hollandowi grzebanie w sprawie. Szybko okaże się jednak, że życie naszego twardziela także jest w niebezpieczeństwie. Niedawna ofiara i jej oprawca będą musieli zawrzeć szyki i rozwiązać sprawę zaginięcia pewnej dziewczyny. Jeśli uda im się ją znaleźć, może ocalą skóry. A wszystko to dzieje się w Los Angeles końcówki lat 70. Hippisowska rewolta dawno temu zdechła, punk rock jeszcze nie zawładnął światem, a najbardziej chodliwym towarem w fabryce snów jest pornografia i nieruchomości.

Ten film to autorski popis stylu Blacka. Są tu, bowiem wszystkie elementy, jakie pojawiają się w jego filmach. Mamy i otwarcie z nagą, konającą kobietą („Zabójcza broń”) i duet pyskatych i kompletnie wydawałoby się niedopasowanych facetów („Zabójcza broń”, „Ostatni skaut”), boże narodzenie, motyw ojciec-córka, komedię balansująca na granicy farsy i dramatu oraz meta filmowe zabawy z konwencją i konstrukcją („Kiss Kiss Bang Bang”, „Bohater ostatniej akcji”). Z tym, że Black bawi się kinem zupełnie inaczej niż dajmy na to Tarantino. On nie cytuje scen, nie nawiązuje filmów („Chinatown”, „Tajemnice Los Angeles”), aby wykazać się erudycją, a po to, aby wysadzić w powietrze filmowe konwenanse i schematy. I tak mamy tu postać Hollanda, który jest genialnym i zarazem debilnym anty-detektywem, który w zasadzie chrzani niemal wszystko, czego się dotknie. Kuriozalnym przeciwieństwem Jake’a Gittesa. Zresztą podobnie jak Nicholson w „Chinatown”, Gosling paraduje niemal cały film z opatrunkiem, tyle, że w innym miejscu i założonym z innego powodu. Bohater Crowe’a to z kolei taki roztyty, wypalony i starsza o trzydzieści lat Bud White z „Tajemnic Los Angeles”. Z tą różnicą, że nie ułożył sobie życia z Lynn i dziś wyładowuje frustracje na obcych ludziach. Do czasu aż spotka Lynn – niemal dosłownie. Black bowiem w głównej roli kobiecej obsadził… Kim Basinger, a jej Judith to zimna, wyrachowana Lynn, która odniosła sukces w zupełnie innej branży.

Bez obaw – to nie tak, że Black skonstruował swój film tak, że bez znajomości kanonu kina noir, nic z niego nie zrozumiecie. Nic z tych rzeczy. „Nice Guys” świetnie sprawdza się zarówno, jako klasyczna kumpelska komedia sensacyjna, w której roi się od gagów najwyższej klasy (próba włamu Goslinga, czy pozbywanie się trupa na imprezie, to mistrzostwo świata), jak i filmowa układanka składająca hołd kinu noir. Od was zależy jak będziecie się na tym filmie bawić. A jeśli nie skojarzycie nawiązań i filmowych tropów – nie ma problemu. Za kilka lat uzbrojeni o nową, filmową wiedzę możecie do tego filmu powrócić i odkryć go na nowo. Ta magia działa w zasadzie w przypadku niemal każdego filmu Blacka. I „Zabójczą broń”, i „Ostatniego skauta” i „Kiss Kiss Bang Bang” można oglądać przecież bez końca. „Nice Guys” dołącza do tej listy. I oby to był sukces kasowy, bo duet Gosling-Crowe świetnie się sprawdza i fajnie byłoby ich jeszcze raz zobaczyć.

Serpieri DB
Poprzedni

Paolo Eleuteri Serpieri - Druuna, seks i postapokalipsa [galeria NSFW]

darwyn cooke
Następny

Darwyn Cooke (1962 - 2016) - albumy wydane po polsku

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

3 Comments

  1. moja opinia
    2016-05-18 at 19:21 — Odpowiedz

    Oglądałem ten film wczoraj…
    To bardzo słaby obraz
    W zasadzie nie ma się tam z czego śmiać.
    Dowcipy są w stylu burleski ale jakieś takie mało śmieszne.
    Fabuła stanowi rozwodnione popłuczyny po „Tango i Cash”.
    Zdecydowanie nie polecam!

  2. 2016-06-06 at 17:47 — Odpowiedz

    I znowu się z panem nie zgadzam, ponieważ ten film byłby idealny gdyby wyrzucono większość gagów, które aby niszczą klimat zamiast go budować

  3. Burbra
    2016-06-12 at 20:03 — Odpowiedz

    Film straszny… jedna scena, która mnie ubawiła to trochę mało na cały seans… Czekałam aż się rozkręci aż do samych napisów końcowych… Russel zszedł na psy, że zagrał w czymś takim. Nie rozumiem peanów zachwytu nad tym dziełem, chyba coś ze mną jest nie tak, że nie doceniam tak jak zawodowi recenzenci. Chyba sobie zrobie test na inteligencję… Ku usprawiedliwieniu – na seansie było nas czworo i cud, że nie wyszliśmy w połowie. Aczkolwiek kolega się nieźle wyspał :-)))) Chociaż tyle!

Dodaj komentarz