KINO / DVD 

Nie oddychaj – półtoragodzinna dawka emocji [recenzja]

„Nie oddychaj” Fede Alvareza zdążył już narobić sporo zamieszania za oceanem, zarabiając prawie sto milionów dolarów i stając się tym samym najbardziej bodaj niespodziewanym hitem lata. Ponad miesiąc po amerykańskiej premierze, wybuchowy miks horroru i thrillera twórcy odświeżonej wersji „Martwego zła” trafia na nasze kinowe projektory – i cóż tu kryć,  jest się czego bać.
„Nie oddychaj” wygrywa w tych momentach, kiedy na ekranie panuje absolutna cisza – trudno wtedy nie złapać się na tytułowym wstrzymywaniu oddechu wraz z bohaterami.

Punkt wyjścia dla fabuły hołduje zasadzie, że w prostocie jest metoda. Mamy trójkę młodocianych złodziei, którzy po serii mniejszych rabunków stają przed życiową szansą – do przywłaszczenia jest trzysta tysięcy dolarów, leżących wewnątrz zapuszczonego domostwa na jednym ze slumsowych osiedli Detroit. Kasa niebagatelna a, że właściciel posesji jest niewidomy i zdaje się funkcjonować w odosobnieniu od świata, zapowiada się najłatwiejsza robota pod słońcem. Nasza ekipa nie ma pojęcia, jak bardzo się myli…

Pod względem scenariuszowym, „Nie oddychaj” to zatem samo mięcho. Alvarez nie bawi się w przesadną ekspozycję, rysując portrety bohaterów grubą kreską – ot dostajemy kilka scen dających nam jakieś pojęcie o motywacjach członków ekipy, by już po parunastu minutach wylądować w samym centrum akcji. Jest więc prosto, ale z całą pewnością nie banalnie – wkrótce sytuacja odwraca się o sto osiemdziesiąt stopni, a agresorzy niespodziewanie stają się zwierzyną łowną. I o ile sam pomysł by z niewidomego zrobić głównego antagonistę całej zabawy wydaje się w założeniach dość karkołomny, w ostatecznym rozrachunku tylko pomaga stanąć widzowi w moralnym rozkroku i działa tu dobrze do tego stopnia, że przez jakąś część filmu można rzeczywiście wahać się, komu kibicować. Kilka głupotek i niedomówień się co prawda się w tym wszystkim trafi, a im bliżej finału, tym bardziej twórcy zdają się faworyzować jedną ze stron, ale i tak jest to zdecydowanie gatunkowy powiew świeżości.

Inscenizacyjnie i operatorsko również jest na medal. Kamera płynnie prześlizguje się po korytarzach domu, sprytnie zahaczając o kolejne elementy odpowiednio obskurnej scenografii. Obawiałem się nieco, że ze względu na przyjętą konwencję, przez większość seansu będziemy skazani na wędrówkę przez tonące w mroku pomieszczenia, ale Alvarez nie boi się odpowiednio doświetlić scen i chwała mu za to. Osobna sprawa to znakomite udźwiękowienie, które doskonale podkreśla wydarzenia na ekranie, dostarczając sporą dawkę intensywnych przeżyć.  Charakterystycznych dla gatunku jumpscare’ów nie unikniemy, ale „Nie oddychaj” wygrywa poniekąd w tych momentach, kiedy na ekranie panuje absolutna cisza – trudno wtedy nie złapać się na tytułowym wstrzymywaniu oddechu wraz z bohaterami.

Ci z kolei do najbardziej skomplikowanych nie należą, ale do życia powołuje ich wyjątkowo dobrze dobrana obsada. Jane Levy już w „Martwym źle” udowodniła, że zasługuje na częstsze angaże w hollywoodzkich produkcjach i tutaj potwierdza klasę – jej Rocky ma jasną motywację, a w newralgicznych momentach historii zamienia się w prawdziwą wojowniczkę, jak od heroiny filmu grozy należałoby wymagać. Partnerujący jej Daniel Zovatto i Dylan Minette mają co prawda do zagrania nieco mniej, ale w rolach dość stereotypowego bad guya i zakochanego po uszy wiecznego przyjaciela odnajdują się wystarczająco dobrze, by seansu nie zakłócać. Wisienką na torcie i prawdziwą gwiazdą produkcji jest za to kojarzony przez wielu z rolą psychopatycznego Quaritcha („Avatar”) Stephen Lang. Jako Ślepiec jest bezbłędny – to w jednej chwili sterany życiem samotnik, a już w następnej prawdziwy drapieżnik, doskonale znający topografię domu i bezlitośnie wykorzystujący każdy błąd bohaterów.

Obecny rok jest wyjątkowo dobry dla filmów z pogranicza kina grozy. Mieliśmy już znakomitą „Czarownicę”, klimatyczny „Green Room” Saulniera i przyzwoitą drugą część „Obecności”. „Nie oddychaj” tylko potwierdza ten trend. Nabierzcie zatem powietrza w płuca, przygotujcie się na półtorej godziny jazdy bez trzymanki i ruszajcie do kinowych sal. Warto.

Monolith
Poprzedni

Żywioł. Deepwater Horizon – industrialny horror [recenzja]

westworld-poster
Następny

Westworld 01x01 - ludzie jak bogowie i androidy na elektrycznych koniach [recenzja]

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski

Urodzony w 1987 roku w Środzie Wielkopolskiej. Z wykształcenia magister Administracji, choć zawodowo związany z branżą logistyczną. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę.

Publikował w "Nowej Fantastyce", a także w serwisach "Horror Online", "Szortal" (audiobook "Reguła Rothmana"), "Niedobre Literki" i "film.org.pl". Kilkukrotnie wyróżniony w konkursach na opowiadania organizowanych przez portal "Nowej Fantastyki". Z "Dziką Bandą" związany od października 2015 roku.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz