KINO / DVD 

Nina Forever – ona, on i jego martwa dziewczyna [recenzja]

„Nina Forever” nie daje się łatwo wcisnąć w gatunkową szufladkę. Trochę udaje horror, trochę czarną komedię, a przede wszystkim w ciekawy sposób opowiada o tym, jakie dziwne rzeczy mogą dziać się w ludzkich głowach.
Niezwykłą, tytułową rolę w „Nina Forever” ma Fiona O’Shaughnessy, czyli pamiętna Jessica Hyde z serialu „Utopia” – cały swój ekranowy czas występuje nago.

W ostatnich latach pojawiło się kilka intrygujących horrorów, w których twórcy postawili przede wszystkim na metaforyczno-symboliczny wydźwięk ich fabuł. „Babadook”, „Deep Dark” i „Coś za mną chodzi” wyróżniały się wśród zalewu filmów grozy z jednej strony niejednoznacznością przedstawianych historii, z drugiej dosłowną wizualizacją ludzkich lęków i obsesji. Oczywiście w kinie to nic nowego, niedoścignionym  mistrzem w dziedzinie horroru psychologicznego wciąż pozostaje Roman Polański ze „Wstrętem” i szczególnie z „Dzieckiem Rosemary”, w którym polskiemu reżyserowi udało się nakreślić najcieńszą granicę między imaginacją i rzeczywistością. „Forever Nina” chadza podobnymi drogami, a głównie za sprawą jawnie tu eksponowanych, seksualnych podtekstów najbliżej jej do wymienionych wyżej, nowszych produkcji, szczególnie  „Deep Dark” i „Coś za mną chodzi”. Metafora w brytyjskim filmie również zobrazowana jest w sposób dosadny, bez niedopowiedzeń i ograniczeń, ale także okazuje się wyjątkowo skutecznie działać na wyobraźnię.

Holly i Rob pracują razem w supermarkecie. Rob jest starszy i ma za sobą straszne przeżycia. Jego dziewczyna zginęła w wypadku, on później próbował targnąć się na swoje życie. Teraz ludzie uważają go za odludka i dziwaka, a na dodatek ma problemy z kontrolowaniem emocji.  Wpada w oko Holly, która doskonale zdaje sobie sprawę z jego doświadczeń, ale i tak postanawia rzucić się na głęboką wodę. Oboje zaczynają się widywać i wreszcie dochodzi między nimi do intymnego zbliżenia. Tyle że, wtedy pojawia się ta trzecia. Widzimy jak na łóżku, w którym baraszkują kochankowie tworzy się coraz większa kałuża krwi, aż w końcu wydostaje z niej martwa dziewczyna Roba. Jest naga, ma wciąż zmaltretowane po wypadku ciało, ale także bardzo cierpkie poczucie humoru. Tak, powróciła wcale nie po to, by straszyć swojego chłopaka i jego nową dziewczynę. Przybyła, by roztrząsać różne damsko-męskie kwestie, trochę by się podrażnić, trochę by wyrzucić z siebie pretensje i żale. W efekcie, z tej nietypowej sytuacji tworzy się najdziwniejszy trójkąt, jaki mieliśmy okazję oglądać w filmach o miłości. Tfu… wcale nie o miłości, raczej o obsesji. I może jeszcze o czymś.

„Nina Forever” reklamowane jest obrazowo jako „a fucked up fairy tale”. Takich kontrastowych, mieszających pojęcia określeń można znaleźć dla tego filmu jeszcze więcej. Problem w tym, że twórcy bardziej skupili się na stworzeniu niecodziennego zestawienia, niż na pokazaniu wszelkich jego istotnych implikacji. Przez długi czas fabuła wydaje się jedynie ślizgać na szokującym pomyśle, opartym na każdorazowym pojawianiu się martwej dziewczyny podczas miłosnych igraszek pary bohaterów, na całe szczęście pod koniec twórcom udaje się dotknąć sedna sprawy. Jakież to sedno? Nic więcej nie powiem, a w ogóle jeśli nie dla każdego widza, to przynajmniej  dla osób różnej płci może być ono całkiem inne. Wspomnę jedynie o tym, że obydwie panie grają tu bardzo ciekawe role, z jednej strony podszyte mrokiem duszy, z drugiej kobiecą wrażliwością – na ich tle Cian Barry w roli Roba wypada raczej blado (może takie było od początku założenie?). Abigail Hardingham jako Holly, w jednych scenach wygląda niezwykle zmysłowo, w innych całkiem przeciętnie i jeszcze przypomina młodszą wersję  znanej z „Luthera” i „The Affair”  Ruth Wilson, będąc aktorsko równie dobra. Niezwykłą, tytułową rolę w „Nina Forever” ma Fiona O’Shaughnessy, czyli pamiętna Jessica Hyde z serialu „Utopia” – cały swój ekranowy czas występuje nago. Jest cudownie cyniczna, dziwacznie powyginana i jeszcze potrafi magnetyzować głosem. Tej intrygującej całości dopełnia jeszcze znakomita, alternatywa rockowo ścieżka dźwiękowa,  na czele ze słyszaną dwukrotnie przez widzów piosenką o zmarłym przyjacielu, który za dotknięciem magicznej różdżki nagle powstał z martwych. Pomysłowe, po seansie nie dające spokoju kino, poruszające psychologiczno-obyczajowe kwestie w zupełnie inny sposób, niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni.

Egmont
Poprzedni

Era Ultrona - intrygująco ale i sztampowo [recenzja]

Monolith
Następny

Pionek – udręczony, piękny umysł [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz