KINO / DVD 

Nowy Początek – niech żyje humanizm! [recenzja]

Denis Villeneuve to reżyser który wyrobił sobie markę w Hollywood na tyle silną, że w zasadzie może kręcić co zechce. I życia sobie nie ułatwia. „Historia twojego życia” Teda Chianga, to jak wszystkie teksty tego autora, kilka kropel literackiego geniuszu, ale z pewnością do przeniesienia na wielki ekran rzecz niełatwa, bo to w końcu science fiction w wersji hard i to przez wielkie H.
Wszelkie obawy co do „Nowego Początku” były nieuzasadnione.  Denis Villeneuve znów dał radę. I to jak.

Sześćdziesiąt jeden sekund. Dokładnie tyle i tylko tyle wystarczyło, by zapowiedź zapowiedzi najnowszego filmu reżysera  „Pogorzeliska” czy „Sicario” rozpaliła wyobraźnię fanów fantastyki naukowej na całym świecie. Perfekcja w każdym calu – oszczędne dawkowanie treści, mrok i nabożna wręcz powaga, a przede wszystkim potęgowana niezwykle sugestywną ścieżką dźwiękową wielka tajemnica z rodzaju tych, od których ciarki przechodzą po plecach. „Hype train” ruszył pełną parą. Jak się okazało tylko po to, by nieco dalej wyhamować po pełnym już trailerze, zdradzającym z treści wszystko to, czego wiedzieć nie chciano (a przynajmniej tak się wtedy wydawało). Obok wielkich nadziei pojawiły się obawy o niechlujne potraktowanie materiału źródłowego. Teraz już wiemy, że były nieuzasadnione.  Bo Villeneuve znów dał radę. I to jak.

Fabuła „Nowego Początku” skupia się na Louise Banks, uznanej specjalistce lingwistyki. Jej spokojne i monotonne życie zostaje wkrótce zburzone przez wydarzenie mogące zadecydować o dalszych losach całego rodzaju ludzkiego – oto na Błękitną Planetę przybywają statki obcej cywilizacji. W jakim celu obca rasa postanowiła odwiedzić Ziemię? Tego nie wie nikt, bo nawiązanie kontaktu zdaje się przekraczać ludzkie możliwości. I właśnie do tego, na pozór niewykonalnego zadania zostaje zaangażowana bohaterka. A czas ucieka, bo jak łatwo się domyślić, niespodziewana wizyta wywraca do góry nogami i tak już kruchą stabilizację na świecie.

Jest taki rodzaj filmów, które Amerykanie zwykli określać „slow burnami”. Znaczy to mniej więcej tyle, że w ich przypadku mamy do czynienia z całkowitym przeciwieństwem obrazów wypełnionych akcją. Tutaj liczą się długie ujęcia wzbogacone intensywną ścieżką dźwiękową i powolne stopniowanie napięcia, które ujście znajduje dopiero w finalnej części spektaklu. „Nowy Początek” modelowo wpisuje się w tę definicję, przez pierwszą połowę seansu prowadząc historię nad wyraz spokojnie i nieustannie budując podwaliny pod wiążący umysł w supeł i ściskający za gardło końcowy twist, będący zarazem – nie zdradzając wiele z fabuły – chyba najpiękniejszym manifestem miłości jednego człowieka do drugiego, jaki do tej pory widzieliśmy w kinie science fiction. Humanitarne przesłanie całości jest tu nad wyraz silne.

Taki silne emocje to na poły zasługa świetnego, oddającego ducha literackiego oryginału scenariusza, reżyserskiego kunsztu i wyczucia w prowadzeniu aktorów (Amy Adams gra tu prawdopodobnie rolę życia) Villeneuve’a, jak i autentycznie bezbłędnej realizacji.  Od wielu lat nie było już w kinach science fiction, które tak dogłębnie powodowałby u widza wrażenie obcowania z czymś prawdziwie spoza naszego świata, jak udaje się to „Nowemu Początkowi”. Nagrodzone Srebrną Żabą na Camerimage zdjęcia autorstwa Bradforda Younga wywołują na przemian zachwyt i niepokój, a ubrane w niezwykle nastrojową ścieżkę dźwiękową Jóhanna Jóhannssona, magnetycznie wręcz przykuwają wzrok do ekranu.

Przy całym tym potoku nieustannych zachwytów, jakie spływają ode mnie na „Nowy Początek”, nie należy zapominać, że najnowsze dzieło Villeneuve’a nie jest filmem dla każdego. Zwolennicy bardziej dynamicznej rozrywki będą się wiercić niespokojnie w fotelach, z kolei niezaznajomieni z literaturą spod znaku hard science fiction mogą kręcić nosem na zbytnie przegadanie niektórych wątków. Również finalny zwrot akcji, jakkolwiek wspaniały w swej emocjonalności, po ochłonięciu i przemyśleniu trzeba wziąć nieco „na wiarę”, by nie dopatrzeć się pewnych nielogiczności.

Nie zmienia to jednak faktu, że spod ręki Kanadyjczyka po raz kolejny wyszła rzecz nietuzinkowa. „Nowy Początek” to pięknie zrealizowany, utrzymany w duchu „Odysei Kosmicznej”, kameralny w swej istocie film z nienachalnym (a jakże potrzebnym w tych czasach) przesłaniem, który być może, za kilka(naście?) lat, będziemy stawiali gdzieś obok legendarnego obrazu Kubricka. Ode mnie brawa.

Warner Bros
Poprzedni

Sully - amerykański bohater Eastwooda [recenzja]

Kosmos, Kosmos
Następny

Lou Reed. Zapiski z podziemia - skomplikowany geniusz [recenzja]

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski

Urodzony w 1987 roku w Środzie Wielkopolskiej. Z wykształcenia magister Administracji, choć zawodowo związany z branżą logistyczną. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę.

Publikował w "Nowej Fantastyce", a także w serwisach "Horror Online", "Szortal" (audiobook "Reguła Rothmana"), "Niedobre Literki" i "film.org.pl". Kilkukrotnie wyróżniony w konkursach na opowiadania organizowanych przez portal "Nowej Fantastyki". Z "Dziką Bandą" związany od października 2015 roku.

1 Comment

  1. Anonim
    2016-11-26 at 22:28 — Odpowiedz

    To naprawdę genialny film.

Dodaj komentarz