KINO / DVD 

Ostatnia rodzina – arcydzieło ze skrawków codzienności [recenzja]

„Ostatnia rodzina” to film, po którym ciężko wrócić do rzeczywistości. To film, który uruchamia potrzebę – przeróżnych dociekań i roztrząsań, na czele z odwieczną próbą zrozumienia, dlaczego życie niemal zawsze układa się nie tak, jakbyśmy chcieli, żeby nam się ułożyło.

Weźmy przykładowo postać Tomasza Beksińskiego, który tak bardzo i tak długo bezskutecznie chciał umrzeć. Kiedy wreszcie mu się udaje, ojciec stojąc nad jego ciałem składa mu ironiczne, ale i szczere w kontekście tego, co dotąd widzieliśmy na ekranie gratulacje, bo przecież syn w końcu dopiął swego. Dziwnie jest patrzeć na leżącego bezwładnie Dawida Ogrodnika, bo przez cały film był w ruchu, dla niektórych odbiorców widzów w ruchu fizycznie i emocjonalnie przeszarżowanym.  A może był to jedyny sposób, jedyny patent by oddać pełnię uczuć buzujących w tym romantyczno-wampirzym wnętrzu?

„Ostatnia rodzina” uderza mocniej, bo jest to zwyczajnie doskonały film, w którym w zasadzie z niczego, z codzienności rozciągniętej na dwadzieścia kilka lat wyciągnięto kwintesencję egzystencji.

Czyli jeszcze raz – życie, które prawie zawsze nie układa się tak, jakbyśmy chcieli. Jak się z jego prozą godzimy, często automatycznie i półświadomie unaocznia ów film, o wymownym tytule i jego wciąż umykającym znaczeniu. Życie zbudowane na maciupkich, stałych rytuałach, takich jak utrzymywany przez Zofię Beksińską wieczny zapas Coca-Coli w mieszkaniu. To z takich, często nieuświadomionych działań i przyzwyczajeń tworzy się struktura koegzystencji, z nich tworzą się też z czasem wszelkie wzniosłości, uważane za wyższe, życiowe ideały. A te, wyniesione – jak to wykrzykuje Beksiński junior – „z książek, filmów i piosenek” zazwyczaj okazują się być jedynie pięknym bądź strasznym kłamstwem i przekładane na rzeczywistość w efekcie skutkują bolesnymi rozczarowaniami.

W rodzinie też się rozmawia, pomaga i wspiera (bo trzeba, toż to obowiązek, a z czasem wchodzący w krew nawyk). Często wielu rzeczy się nie widzi, albo tłumi je się w sobie.  Można, przy wielkim szczęściu,  trafić  na taką drugą połowę, która wszelkie niedogodności znosi, a jeszcze nas rozumie, dba, ogarnia. Gdzie ta oczekiwana w filmie patologia, gdzie ten mrok, gdzie to zamczysko? Widzimy schorowane kobiety i mężczyzn w znoszonych kapciach, to prawda, że mężczyzn ekscentrycznych, ale czyż mniejszych i większych ekscentryków nie ma w każdej rodzinie? Ekscentryzm w wykonaniu Zdzisława Beksińskiego polega na tym, że czasem mówi to, o czym inni wstydziliby się powiedzieć, albo wraz z synem nie robi tego, co robią wszyscy wokół (na przykład w scenach cmentarnych). Ekscentryczny jest, kiedy oznajmia, że przecież jego obrazy wcale nie są mroczne, wręcz przeciwnie, są pogodne.  Ach, co do obrazów – jedna z najlepszych scen filmu pokazuje malowidło artysty z typową dla niego scenerią i budowlą, a potem kamera robi odjazd i zatrzymuje się na bloku z naprzeciwka. Fantazje, miazmaty, sny i koszmary? A może to rzeczywistość za oknem była wystarczającą inspiracją?

Można tak długo. Wnikać, grzebać we wszystkich znaczeniach tego filmu. Cmokać z zachwytu nad jego pozornie oszczędną i ascetyczną stroną formalną, która w efekcie masakruje nas duchowo bardziej niż krwawe ekscesy z oscarowej, tegorocznej stawki, na czele ze „Zjawą” i „Nienawistną ósemką”. „Ostatnia rodzina” uderza mocniej, bo jest to zwyczajnie doskonały film, w którym w zasadzie z niczego, z codzienności rozciągniętej na dwadzieścia kilka lat wyciągnięto kwintesencję egzystencji. Owszem, rodzina Beksińskich nadaje się do tego idealnie, jako rodzaj spotęgowanego, wzmocnionego  symbolu, bo akurat u nich wydarzyło się to, czego szczęśliwie nie wszystkie rodziny doświadczą. Choć skąd możemy wiedzieć, co tak naprawdę dzieje się w rodzinie innej, niż nasza, w mieszkaniu tuż za ścianą? Plotki, krzyki, migawki obrazów, nasze domysły po tym, gdy coś się stanie, domysły w stylu „wydawało się, że to taki porządny człowiek”. Tu dostaliśmy obserwację (nie wiwisekcję, wiwisekcja leży już w naszej gestii), dostaliśmy film, w którego fabule zestawiono zwyczajność i anegdotę. Takie rzeczy przeżywa się w każdej rodzinie, o takich wydarzeniach -strasznych, śmiesznych, głupich, trywialnych i dziwacznych – opowiada się (albo milczy) na rodzinnych uroczystościach. O życiu po prostu.

Każdy będzie o tym filmie myślał inaczej, po swojemu. Powszechne są słowa uznania – za znakomicie odwzorowane, peerelowskie realia. Za kreacje aktorskie – o nich już chyba powiedziano wszystko i słusznie Andrzeja Seweryna i Aleksandrę Konieczną nagrodzono Złotymi Lwami. Najlepsze, najszczęśliwsze jest to, że udało się uniknąć patosu bądź egzaltacji, które łatwo mogły się wkraść, gdyby postać Tomasza Beksińskiego nakreślono w zgodzie z otaczającym go kultem. Paradoksalnie – być może udało stworzyć się film kultowy. O zwyczajności artystycznych, ekscentrycznych dusz i nadzwyczajnej kobiecie otaczającej je opieką. O strachu i miłości, kryjących się za schładzaniem suszarką porcji gorących ziemniaków. O rodzinie – kiedy taka powstaje, jesteśmy już na siebie skazani, czasem jest strasznie, czasem pięknie, a najczęściej zwyczajnie, na pewno nie tak jak w marzeniach. I cóż zrobić, trzeba z tym jakoś żyć. Tyle że nie każdy tak potrafi.

lazarus-4_e
Poprzedni

Lazarus # 4: Trucizna - wojna w płatkach śniegu [recenzja]

bunkier-t2
Następny

Bunkier #2: Punkt Zero - Pustynne Szczury [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz