KINO / DVD 

Pasażerowie – Seks w kosmosie [recenzja]

Jeden z portali internetowych umieścił niedawno „Pasażerów” na zaszczytnej liście „10 najseksowniejszych filmów 2016 roku”, tłumacząc się jednak szybko, że przecież „seksowny nie musi wcale znaczyć mądry”. Tymczasem film norweskiego reżysera Mortena Tylduma (tego od „Kumpli” i „Gry tajemnic”) jest nie tylko seksowny, ale też solidnie trzyma w napięciu i oczarowuje atmosferą chłodnej, tyleż pięknej co przerażającej kosmicznej otchłani. A przy tym, wbrew temu, co wypisuje większość recenzentów – jest całkiem niegłupi.

Dlaczego więc krytycy filmowi na całym świecie zdają się „Pasażerów” niemalże jednomyślnie nienawidzić? Jest kilka dość banalnych powodów takiego stanu rzeczy. Po pierwsze, to film, który nie boi się wchodzić w tak ostre zakręty fabularne, że całkowicie wypada przez to z wcześniejszego, nazwijmy to, „toru gatunkowego” – i niezależnie od tego czy nastawiamy się na klasyczne kino sci-fi, międzygwiezdne kino akcji, dreszczowiec czy romans, zawsze będziemy mieć w pewnym momencie poczucie niedosytu, bo okaże się, że tego, czego się po „Pasażerach” spodziewaliśmy, dostaliśmy trochę za mało. Zadowoleni będą widzowie, którzy lubią zgrabne gatunkowe mieszanki – a tacy, jak zakładam po lekturze wielu recenzji filmu, rzadko wyrastają na tzw. „poważnych krytyków filmowych”.

Po drugie, ci, którzy wybierają się na „Pasażerów” po wcześniejszym uraczeniu się zwiastunem i liczą na serię niespodzianek wywracających mózg na drugą stronę – wściekną się pewnie, że w ogóle ów zwiastun obejrzeli bo największa fabularna niespodzianka zostaje w nim bezczelnie zdradzona. Najlepiej iść na film Tylduma nie oglądając zwiastuna i wiedząc tylko, że jest to rzecz o mężczyźnie, który przedwcześnie budzi się z hibernacji, zmierzając ku „nowej Ziemi” na pokładzie potężnego statku kosmicznego; w pozostałych kapsułach śpi jeszcze wielu innych Ziemian, ale budzić ich nie należy bo wtedy nie dotarliby do celu, od którego wciąż jeszcze dzieli statek około 90 lat… no ale co można robić samemu przez kilkadziesiąt lat, za towarzystwo mając jedynie barmana-androida i wygenerowanych cyfrowo przeciwników w takiej czy innej grze wideo?

Co można robić samemu przez kilkadziesiąt lat, za towarzystwo mając jedynie barmana-androida i wygenerowanych cyfrowo przeciwników w takiej czy innej grze wideo?

Pomysł wyjściowy – bombowy. Tyle, że przecież każdy kto się nim zainteresował jeszcze przed premierą filmu, nadział się też już przecież na ten nieszczęsny zwiastun – czy to w kinie, czy w Internecie – i siłą rzeczy, wie o fabule trochę za dużo. A do tego „Pasażerowie” nie są widowiskiem tak wybuchowym, jak, przykładowo, filmy Michaela Baya i nie posiadają tradycyjnych dziś sześciu czy siedmiu kulminacji, z których każda kolejna byłaby bardziej wstrząsająca od poprzedniej – to z kolei może stanowić rozczarowanie dla widzów wychowanych na wypełnionych akcją po same brzegi „Transformersach”.

Ale… tak sobie pomyślę, że to właśnie powód, dla którego ja osobiście tak bardzo „Pasażerów” lubię: jest to film trochę niedzisiejszy, nie poddający się niewolniczo wymogom kina komercyjnego; w paru momentach olśniewający wizualnie (scena z zanikiem grawitacji podczas pływania w basenie!), ale nie przeładowana efektami do tego stopnia, że ma się ich dość; scenarzyście Jonowi Spaihtsowi (m.in. „Prometeusz”, „Doktor Strange” i nadchodząca „Mumia”) nie brak pomysłów na dramatyczne zwroty akcji, ale dawkuje nam je z rozsądkiem, dbając jednak o wiarygodność przedstawianych wydarzeń. Przede wszystkim natomiast, twórcy „Pasażerów” nie zapominają, że w centrum każdego, nawet najbardziej wystawnego widowiska, powinien stać człowiek, a dramatyzm powinien przede wszystkim wypływać z dokonywanych przez niego wyborów – i ten warunek udało się tu spełnić perfekcyjnie.

Freeform
Poprzedni

Beyond - i znów ten Stephen King [recenzja]

Egmont
Następny

Komiksowy maraton, czyli czytamy hurtowo #7

Bartek Paszylk

Bartek Paszylk

Bartłomiej Paszylk jest autorem przekrojowej książki na temat kina grozy pt. „Leksykon filmowego horroru”, a także anglojęzycznej pozycji dotyczącej horrorów kultowych pt. „The Pleasure and Pain of Cult Horror Films”. Zajmował się również redagowaniem takich antologii grozy, jak: „City 1″, „City 2″ oraz „Najlepsze horrory A.D. 2012″.

Jego artykuły, recenzje i wywiady publikowano w popularnych czasopismach oraz portalach internetowych zarówno w Polsce, jak i zagranicą. Obecnie pełni funkcję redaktora magazynu Grabarz Polski i pisze teksty oraz recenzje dla Dzikiej Bandy, Nowej Fantastyki i Drivera.

3 Comments

  1. Ja
    2017-01-11 at 16:38 — Odpowiedz

    Moim zdaniem film ma jedną wadę
    Mianowicie jest nią koniec, który moim zdaniem odbiera sporo z pozytywów.

  2. Bartek Paszylk
    2017-01-11 at 18:00 — Odpowiedz

    Chodzi o ostatnią scenę? Moim zdaniem ładnie to rozegrali, było dość emocjonalnie.

  3. Ja
    2017-01-12 at 09:20 — Odpowiedz

    Mi tam przeszkadzał głos głównej bohaterki, który mi przynajmniej sugerował u niej syndrom sztokholmski. Jednak jest to moje odczucie.

Dodaj komentarz