KINO / DVD 

Piotruś. Wyprawa do Nibylandii – nieprzemyślany eksperyment [recenzja] [ film]

Piraci, Czarnobrody, a nawet przeróbka „Smells like teen spirit” Nirvany na ścieżce dźwiękowej. A gdzie Johnny Depp? A przepraszam, to nie kolejna część  „Piratów z Karaibów”, tylko nowa wersja opowieści o Piotrusiu Panie. Ok, co tu jest grane?
Film miejscami na siłę udaje prequel opowieści, którą znamy z „Piotrusia Pana i Wendy”, ale przez fabularne wygibasy, do przyszłych wydarzeń pasuje jak pięść do nosa.

Nowa ekranizacja przygód słynnego, książkowego bohatera ma kilka zalet. Dobrze widać, na co wydano 150 milionów dolarów budżetu, na zwrot których producenci zresztą nie mają szans. Niektóre scenerie z filmu wizualnie zachwycają. Po raz pierwszy od dłuższego czasu byłem na seansie 3D i muszę przyznać, że nieźle to wyszło, wybrane sekwencje były naprawdę magiczne. Sądzę również, że dzieciaki na filmie będą się wcale dobrze bawić, to typowe kino przygodowe, w którym o dziwo, twórcy bardziej niż na akcenty familijne, stawiają na quasi religijne motywy. Piotruś Pan z chłopca, który nie chce dorosnąć zmienia się tu w Wybrańca, którego matka na początku filmu zostawia z niewyjaśnionych powodów pod drzwiami sierocińca. W owym sierocińcu panuje okrutny reżim sióstr zakonnych, które za sowitym wynagrodzeniem umożliwiają piratom porywanie swoich wychowanków. Na dodatek to wszystko dzieje się w czasie Drugiej Wojny Światowej, dzięki czemu mamy okazję obserwować powietrzne akrobacje latających pirackich okrętów i samolotów myśliwskich. Porwane dzieciaki lądują w rozległej Nibylandii, niestety w jej mało przyjaznej części. W kopalni pirata Czarnobrodego pracują jako niewolnicy i kują skały w poszukiwaniu czarodziejskiego minerału pod nazwą wiecznium, który daje nieśmiertelność. Piotruś spotyka tu młodego mężczyznę, z zachowania i wyglądu przypominającego Indianę Jonesa, który przedstawia się jako Hak. Razem stawią czoła Czarnobrodemu i jego piratom. A dalej robi się jeszcze dziwniej.

No dobrze, po tym streszczeniu można zrozumieć wściekłość anglosaskich krytyków, którzy nie zostawili suchej nitki na tej ekranizacji. To dzieło nie liczące się zupełnie z pierwowzorem, wręcz idealne do rozszarpania w recenzji. Film miejscami na siłę udaje prequel opowieści, którą znamy z „Piotrusia Pana i Wendy”, ale przez fabularne wygibasy, do przyszłych wydarzeń pasuje jak pięść do nosa. Ciśnienie trochę nam spadnie, jeśli uznamy „Piotrusia. Wyprawę do Nibylandii” (oryginalny tytuł to po prostu „Pan”) za historię na kanwie oryginału. I wszystko byłoby dobrze, film mógłby być kolejną, popkulturową wariacją na temat książkowego arcydzieła, gdyby twórcy w chęci stworzenia nowej jakości i jednocześnie zadowolenia widzów w każdym wieku, nie przedobrzyli.

Sklecenie tej nowej wersji opowieści o Piotrusiu Panie właśnie tym dokładnie jest – skleceniem. Połączono nieprzystające do siebie elementy, stworzono kilka wizualnie atrakcyjnych scenerii. Nie dano szans rozwinąć się poszczególnym postaciom, bazując na tym, że przecież niby doskonale je znamy, nawet jeśli są wyjęci z zupełnie innych historii, jak pirat Czarnobrody. Nie ma absolutnie żadnej wskazówki, która uzmysłowiłaby widzom i samym bohaterom, że Piotruś i Hak kiedyś staną się antagonistami. Tygrysia Lilia o twarzy Rooney Mary głównie wykonuje powietrzne akrobacje i naparza piratów. Czarnobrody w wykonaniu Hugh Jackmana miota się po ekranie jak nabuzowany i tylko czekałem, kiedy wysunie pazury i zrobi z tym wszystkim porządek. Tak, czegoś tu po prostu brakowało. „Piotruś. Wyprawa do Nibylandii” zatrzymał sie w pół drogi między typowym kinem familijnym, a niezamierzoną parodią samego siebie. To niezdecydowanie wyrządziło filmowi największą krzywdę i pozbawiło charakteru. Są twórcy, jak Jakub Ćwiek, czy Regis Loisel, którzy na motywach nieśmiertelnego arcydzieła potrafili stworzyć nową jakość. Twórców filmu można pochwalić za co by nie było, odważny, fabularny eksperyment, ale rezultat niestety nie jest zadowalający. Przy dziurawym scenariuszu ładne obrazki 3D i siostry zakonne w rolach czarnych charakterów to jednak za mało.

 

Uroboros
Poprzedni

Star Wars: Koniec i początek [patronat]

Frictional Games
Następny

Soma - prawdziwa perełka grozy [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz