KINO / DVD 

Point Break. Na fali – potworek z rozrywki [recenzja]

Po obejrzeniu nowej wersji znakomitego „Na fali” sprzed dwudziestu pięciu lat, nasuwa się jedno, zasadnicze pytanie – po co to nakręcono?
Czy z tego seansu pozostaje w ogóle coś pozytywnego? Owszem – przepiękne krajobrazy i może dwie z kilku sekwencji, przedstawiających realizowane przez bohaterów, ekstremalne wyzwania. A co do reszty, widzowi pozostaje przede wszystkim niesmak.

Jakoś tak jest w Hollywood, że w przypadku dobrego, sensacyjnego lub fantastycznego filmu, często w pewnych kręgach kultowego, kiedy mijają od jego premiery dwie dekady z hakiem, musi on doczekać się remake’u. Niektóre z nich, jak choćby nowa wersja „Pamięci absolutnej”, wydają się całkowicie bezzasadne. Producenci zapewne wychodzą z założenia, że to, co kiedyś tak bardzo się spodobało i dobrze sprzedało, powinno się sprzedać ponownie. Wystarczy żeby tym razem było szybciej, mocniej, bardziej widowiskowo i zbierze się wystarczające grono widzów do zapewnienia zysków, złożone w części ze starych fanów, którzy będą sobie chcieli porównać dzieło z pierwowzorem i przeżyć jeszcze raz na nowo tę samą, a jednak trochę inną przygodę. Tylko co, jeśli po seansie starzy widzowie powiedzą tym nowym, potencjalnym – „lepiej sobie odpuście”? Chyba tak właśnie wydarzyło się w tym przypadku, ponieważ w USA, przy potęznym, stupięciomilionowym budżecie, nowe „Na fali” zarobiło raptem dwadzieścia osiem milionów. Słabiutko, bo po prostu ów film jest słaby.

Jeśli oglądaliście pierwowzór, pamiętacie z pewnością ogólny zarys fabuły. Młody agent FBI dostaje zadanie rozpracowania szajki napadającej na banki w maskach prezydentów USA. Złodziejami okazują się kalifornijscy surferzy wyznający liberalne idee, skupione na duchowym zespoleniu z naturą i wkrótce w ich szeregi wkupuje się główny bohater. Nie brzmi to może zbyt poważnie, ale w tym nakręconym z nerwem przez Kathryn Bigelow filmie świetnie się sprawdzało. Dlaczego? Ponieważ fabuła nie miała w sobie nic z ideologicznej nachalności, którą przepełniony jest remake. A także posiadała konkretny, rozbudowujący poszczególne postacie,  angażujący emocjonalnie scenariusz, czego nie da się powiedzieć o powtórce. W nowej wersji scenariusz niemal nie istnieje, nowi bohaterowie są jedynie marnymi kopiami tych starych, a dialogi, przepełnione na zmianę komunałami i górnolotnymi sentencjami, są wprost koszmarne. Jest jedynie ogólny koncept: postawmy tę nową grupkę idealistów przed kilkoma (dokładnie ośmioma) ekstremalnymi wyzwaniami, przy których wyczyny surferów z oryginału są niczym, niech jeszcze nie kradną pieniędzy, tylko najlepiej rozdają ją w efektowny sposób biedakom i mamy gotowy film. A poza tym, wszystko niech będzie tak samo, z niedużymi zmianami. Najgorzej wypada tu znakomita, znana z pierwowzoru scena, kiedy wściekły agent Utah celuje w Bodhiego, ale nie potrafi sie przemóc i całą serię nabojów wystrzeliwuje w niebo. Pamiętając genialnie zmontowany, niemal fizycznie odczuwalny przez widza pościg Keanu Reevesa za Patrickiem Swayze, a potem wymianę ich spojrzeń, oglądając parodię tej sekwencji w nowej wersji, staremu fanowi nawet nie chce się śmiać, jest mu po prostu przykro na widok wyjątkowo marnego naśladownictwa w grze nowych aktorów.

Czy z tego seansu pozostaje w ogóle coś pozytywnego? Owszem – przepiękne krajobrazy i może dwie z kilku sekwencji, przedstawiających realizowane przez bohaterów, ekstremalne wyzwania. A co do reszty, widzowi pozostaje przede wszystkim niesmak. Tym samym, nowa wersja „Na fali” trafia do zaszczytnego grona remake’ów niepotrzebnych, czy nawet – sorry, ale inaczej nie da się tego określić – remake’ów z dupy. Niektórych dzieł po prostu nie powinno się tykać, szczególnie tych bardzo dobrze zapamiętanych przez widzów, o unikalnym, filmowym charakterze.  O takich przypadkach świadomy twórca, a nie jakiś wyciągający łapki po łatwą forsę producent, powinien z miejsca wiedzieć, że porywanie się na powtórkę z doskonałej rozrywki z góry skazane jest na niepowodzenie i po prostu nie ma najmniejszego sensu w coś takiego się angażować. Ale przecież w Hollywood tak się nie da, prawda? Pokusa zawsze jest zbyt silna i z tego powodu wciąż powstają i będą tam powstawać  tego rodzaju filmowe potworki.

Vesper
Poprzedni

Terror - XIX-wieczny klasyk z końca wieku XX-go [recenzja]

Egmont
Następny

Wieczne zło: Wojna w Gotham - Bandziorów utarczki podmiejskie [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz