KINO / DVD 

Psy Mafii – po męsku, o niczym [recenzja]

Naprawdę dobre filmy sensacyjne w ostatnich latach można policzyć na palcach jednej ręki. Nic dziwnego więc, że tematyka połączona z wybuchowym aktorskim koktajlem sprawiła, że pierwszy zwiastun nowego filmu Johna Hillcoata zrobił małą furorę w sieci, rozbudzając nadzieję na współczesną „Gorączkę”.
„Konia z rzędem temu, kto po seansie będzie w stanie wymienić imiona choćby trójki głównych bohaterów.”

Po udanym skoku na bank, Michael, przestępca z przymusu na usługach rosyjskiej mafii, liczy na odzyskanie przetrzymywanego syna. Problem w tym, że jak to z mafią bywa, wykonane zadanie wcale nie oznacza końca problemów i już wkrótce jego grupa byłych i obecnych, skorumpowanych stróżów prawa stanie przed kolejnym wyzwaniem, na pozór niemożliwym – będą musieli wykraść niezwykle cenne dane z uzbrojonego po brzegi rządowego budynku. Jedyną szansą na powodzenie akcji są dla bohaterów tytułowe trzy dziewiątki – w USA będące kodem oznaczającym zamach na życie oficera policji, ściągającym wszystkie jednostki w miejsce przestępstwa. Nieoczekiwana okazja do wykorzystania furtki w prawie pojawi się w momencie, kiedy w kruchą sytuację w grupie przypadkowo wtrąci się świeżo przeniesiony z innego wydziału stróż prawa…

Najnowszy film Hillcoata zaczyna się od mocnego uderzenia – napadu na bank i znanego ze zwiastuna pościgu na estakadzie, kiedy czerwony znacznik pieniędzy wybucha złodziejskiej ekipie w twarze. Scena dynamiczna i dobrze zmontowana, trzymająca w napięciu, zapowiadająca solidne męskie kino. O całej intrydze która do owej sceny doprowadziła i jej konsekwencjach dowiadujemy się później i nie owijając w bawełnę, właśnie w tym miejscu zaczynają się schody.

Historia sama w sobie do szczególnie oryginalnych nie należy, czego jeszcze nie należy traktować jako wielki przytyk – ot, standard heist movies, czyli rzecz o grupie przestępców i skorumpowanych policjantów, w której z tych czy innych powodów następuje rozłam. Nic przełomowego, ale na tyle logicznego by widz się zbytnio nie krzywił (może oprócz naciąganego zakończenia sytuacji z mafią) a i film jako tako trzymał się w kupie. Na deski film kładą za to kompletnie jednowymiarowi bohaterowie.

Tym co decydowało o statusie jaki obecnie ma film Michaela Manna, był nie tyle aktorski pojedynek De Niro i Pacino w kwiecie wieku, ale przede wszystkim konfrontacja dwóch ekranowych osobowości. W „Psach Mafii” Hillcoat wespół z Cookiem kompletnie nie wzięli tego pod uwagę – najwyraźniej wychodząc z założenia, że przy lawinie nazwisk godnej produkcji AAA, film zagra się sam. O jakimkolwiek rysie psychologicznym postaci można więc zapomnieć.  Znane twarze paradują co prawda po ekranie całkiem tłocznie, ale chyba same nie wiedzą do końca po co – i w efekcie  nad kolejnymi zgonami przechodzi się całkowicie beznamiętnie. Dość powiedzieć, konia z rzędem temu, kto po seansie będzie w stanie wymienić imiona choćby trójki głównych bohaterów.

To nie koniec przewinień, bo nie sposób nie odnieść wrażenia, że zabrakło też w „Psach Mafii” twórcom odwagi, by uczynić film prawdziwie, wiarygodnie brudnym i depresyjnym. Szkoda, bo kiełkujące pomysły widać jak na dłoni (vide wplecenie do fabuły Meksykanów) – jednak za każdym razem kiedy widać światełko w tunelu i mogliby pokusić się o przekroczenie mainstreamowych granic, twórcy wycofują się chyłkiem, pozwalając wrócić historii na grzeczne, przetarte ścieżki.

Hillcoat pokpił sprawę. Psy Mafii są dobrze zrealizowane, odpowiednio brutalne i dynamiczne, mają też obsadę, której pozazdrościłby im niejeden blockbuster. I chyba w całym tym urodzaju, reżyser zapomniał, że dobra sensacja, to opowieść przede wszystkim o ludziach. I tylko tyle. A filmu zbliżającego się poziomem do „Gorączki”, czy choćby „Planu doskonałego” bez tego nakręcić się nie da.

Videograf
Poprzedni

Malowidło - Grzegorz Gajek [patronat]

confetti
Następny

Confetti - Kosmiczny rock made in Poland [recenzja]

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski

Urodzony w 1987 roku w Środzie Wielkopolskiej. Z wykształcenia magister Administracji, choć zawodowo związany z branżą logistyczną. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę.

Publikował w "Nowej Fantastyce", a także w serwisach "Horror Online", "Szortal" (audiobook "Reguła Rothmana"), "Niedobre Literki" i "film.org.pl". Kilkukrotnie wyróżniony w konkursach na opowiadania organizowanych przez portal "Nowej Fantastyki". Z "Dziką Bandą" związany od października 2015 roku.

1 Comment

  1. Beton
    2016-05-17 at 20:57 — Odpowiedz

    W całości zgadzam się z powyższą recenzją. Ten film to jak na razie moje największe rozczarowanie tego roku. Taki potencjał zmarnować!

Dodaj komentarz