KINO / DVD 

Regression – sztuka marnowania filmowego potencjału [recenzja]

Alejandro Amenábar to mimo młodego wieku twórca już zasłużony dla światowego kina. “Otwórz oczy”, “Teza”, czy “W stronę morza” skutecznie udowodniły, że urodzony w Chile reżyser jak mało który potrafi grać na emocjach widzów. Nic dziwnego, że z jego najnowszy dziełem, dotykającym tematyki satanistycznych kultów “Regression”, jeszcze przed premierą wiązano ogromne nadzieje.

Inspirowana prawdziwymi przypadkami podobnych spraw historia przenosi nas na początek lat 90. Na komisariat policyjny prowincjonalnego miasteczka zgłasza się mężczyzna, uparcie twierdzący, że molestował seksualnie własną córkę. Już samo natychmiastowe przyznanie się do winy budzi wątpliwości, a co dziwniejsze, wkrótce okazuje się, że ów osobnik kompletnie swoich działań nie pamięta. W celu wywołania zablokowanych gdzieś w podświadomości podejrzanego wspomnień, śledczy angażują w sprawę specjalizującego się w zdobywającej popularność metodzie regresji hipnotycznej psychologa.

Regression” przez cały seans dostarcza tego osobliwego wrażenia, że wszystko to już gdzieś widzieliśmy, a co gorsza – wykonane lepiej.

Od tego momentu sprawy zaczynają się komplikować – na jaw wychodzi prawdopodobny udział w zbrodni, będącego w tym okresie na ustach całej Ameryki jednego z satanistycznych kultów, a spokojnej mieścinie grozi wybuch paniki. Detektywi będą musieli odkryć kto naprawdę stoi za tymi wydarzeniami, zanim będzie za późno.

Amenábar w swoim stylu, opowiadaną historię  wykorzystuje by sprowokować nas do refleksji – w tym wypadku, nad genezą istniejącego zła, ulotną granicę między tym w co wierzymy, a w co chcielibyśmy uwierzyć i przede wszystkim nad tym jak niewiele potrzeba, byśmy wersję wydarzeń  wyznawaną przez ogół, przyjęli jako naszą własną. W samych założeniach niewątpliwie przedstawia się to intrygująco.

Niestety w tym wypadku zawiodła realizacja. Szukając odpowiedzi, Amenábar wybrał najgorzej jak mógł, posługując się przetartymi wcześniej przez dziesiątki innych dreszczowców szlakami. Skutkiem tego dostajemy film o zaburzonych proporcjach – przez większość seansu zdający się dryfować w stronę schematycznego paranormalnego horroru, by swe prawdziwe intencje objawić  dopiero w finale, sprawiającym tym samym wrażenie próby taniego zaszokowania widza.

W efekcie  “Regression” nie dość, że nie odkrywa przed nami żadnej prawdy objawionej, to jeszcze przez cały seans dostarcza tego osobliwego  wrażenia, że wszystko to już gdzieś widzieliśmy, a co gorsza – wykonane lepiej.

Jak odbija się to na atmosferze filmu, nietrudno przewidzieć. Zapomnijcie o zawiesistym klimacie “Labiryntu”, czy pełną przenikających się sfer sacrum i profanum, deliryczną analizę zła tkwiącego w człowieku rodem z “Detektywa”. Niepokojące omamy będą miały zresztą swój odpowiednik w dziele Amenábara, jednak stawianie ich mocy uderzeniowej na równi z serialowym majstersztykiem z Matthew McConaughey’em, stanowiłoby wielki nietakt.

Znacznie lepiej film prezentuje się pod względem technicznym. W sennym miasteczku nieustannie siąpi deszcz, z głośników przygrywa nam ponura ściezka dźwiękowa, a nałożony na ekran niebieski filtr przydaje uczucia beznadziei. Ogólnie więc jest smutno, jest brudno i odpowiednio depresyjnie. Tak jak powinno być.

Wielkich pretensji nie można mieć także do obsady, choć obyło się bez Oscarowych wodotrysków. Ethan Hawke i David Thewlis zdążyli przyzwyczaić nas, że poniżej pewnego poziomu po prostu nie schodzą i tutaj nie jest inaczej.  Nieco mniej przekonuje za to Emma Watson, która mimo ładnej buźki i niewątpliwego marketingowego potencjału, przez większość filmu jedynie zalewa się łzami. Być może to wina źle rozpisanej postaci, trudno jednak wyobrazić sobie, by rola w “Regression” mogła w jakiś sposób pomóc aktorce w zrzuceniu etykietki “tej czarownicy z Harry’ego Pottera”.

“Regression” przegrywa z oczekiwaniami widza na wielu polach, ale przede wszystkim kuleje w nim rzecz z której paradoksalnie Amenábar słynął do tej pory najbardziej –  umiejętność wzbudzania emocji. Koniec końców, zamiast historii eksplorującej mroczne zakątki ludzkiej psychiki, dostaliśmy przewidywalny thriller z cokolwiek tandetnym zakończeniem – a chyba nie tego spodziewaliśmy się po reżyserze tej klasy, prawda?

In Rock
Poprzedni

Zaufaj mi, jestem dr Ozzy - porady lekarskie niezniszczalnego rockmana [recenzja]

Czarne
Następny

Wampir - egotyk kontra Gliwice [recenzja]

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski

Urodzony w 1987 roku w Środzie Wielkopolskiej. Z wykształcenia magister Administracji, choć zawodowo związany z branżą logistyczną. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę.

Publikował w "Nowej Fantastyce", a także w serwisach "Horror Online", "Szortal" (audiobook "Reguła Rothmana"), "Niedobre Literki" i "film.org.pl". Kilkukrotnie wyróżniony w konkursach na opowiadania organizowanych przez portal "Nowej Fantastyki". Z "Dziką Bandą" związany od października 2015 roku.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz