KINO / DVD 

Rock the Kasbah – Gooood Moooorning Kasbah? Niestety, nie… [recenzja]

Jest w „Rock the Kasbah” taka scena, mgliście tylko powiązana z osią fabuły, w której Bill Murray kupuje sznurek. Ona, jak żadna inna w tym filmie dowodzi niebywałej wręcz vis comica tego aktora i jego niezwykłego talentu, by sceny pozornie zwyczajne czynić zalążkiem pod legendarne wręcz anegdoty. I to zarówno w filmie, jak i w życiu, choć – wszystko na to wskazuje – życie jednak lepiej wykorzystuje potencjał Billa Murraya niż filmowcy. Ci ostatni bowiem najwyraźniej nie mają już na niego żadnego świeżego pomysłu.

Po kolei jednak. „Rock the Kasbah” – nie doszukujcie się specjalnie powiązań ze znanym Wam zapewne kawałkiem the Clash – to historia producenta muzycznego, mocno niepoukładanego mitomana, któremu ułożyło się tylko w… snutych opowiastkach. To w nich wylansował Madonnę, pijał z Bogami Rocka i organizował koncerty na setki tysięcy fanów. W rzeczywistości prywatnie z mądrzejszą od siebie córką rozmawia przez okno w tajemnicy przed jej matką, a zawodowo mami i wyłudza pieniądze od beztalenci szukających sławy albo paraliżuje kariery tych, z którymi można by było zaryzykować, bo bardziej opłaca mu się rozmienianie ich talentów na drobne w podrzędnych barach i klubach. Aż pewnego dnia, ni stąd ni zowąd nadarza się okazja, by trochę się od dna odbić, przynajmniej finansowo. Koncertowa trasa po amerykańskich bazach wojskowych na Bliskim Wschodzie, to – jak zapewnia producenta organizator wydarzenia – istna żyła złota, a przy tym okazja do wykazania się patriotycznym obowiązkiem bez obowiązkowego brania na siebie ostrzału. Czy można było trafić lepiej?

Do tego momentu jest ciekawie. Potem ciekawie już tylko bywa, bo choć akcja gna na łeb na szyję, to jednak od początku widz czuje, że jedna po drugiej scena jest tylko po to, by dać się Billowi trochę powygłupiać. I świetnie, gdy na ekranie jest wówczas tylko on i tło – jak w scenie, gdzie Murray improwizuje „Smoke on the Water”, a wszyscy są przekonani, że to pieśń ludowa – gorzej jednak, gdy jego ekranowi partnerzy usiłują, czy to dialogami, czy swoją grą, w owo tło się wkomponować.

I tak świetne sceny wprowadzające Kate Hudson jako lokalną kurtyzanę budują nam ciekawą, pełnokrwistą postać, ale już kolejne spłaszczają ją całkowicie, sprowadzając ją do trzepiącego powiekami podlotka zafascynowanego skrytą gdzieś – także przed widzem – silną osobowością producenta. Cwani i gdy trzeba groźni handlarze bronią (Scott Caan i Danny McBride) mogą sprawiać wrażenie jakby chcieli niecnie wykorzystać bohatera, ale są w tym filmie tylko po to, by wybawić go z jednych kłopotów i wepchnąć w inne, które są tak naprawdę przyczynkiem do właściwej akcji. To samo jest tu z Brucem Willisem, niby groźnym, niby niebezpiecznym i mocno bohaterowi niechętnym, ale gdy przyjdzie co do czego, bez żadnego w zasadzie przekonującego uzasadnienia stanie za nim murem, by bić się do ostatka. Z tej parady pochlebców wyłamuje się w zasadzie wyłącznie Zooey Deschanel i to sceny z nią dają widzowi najwięcej rozrywki. Oprócz rzecz jasna tej wspomnianej na początku, ze sznurkiem.

A mogło być przecież tak dobrze. Za film odpowiada wszak Barry Levinson, który tak dobrze i odważnie kpił z mediów i polityki w „Faktach i Aktach”, a wcześniej pokazał, że potrafi bawić i wzruszać jednocześnie, dodatkowo nie ujmując powagi podanemu tematowi. Świetnym przykładem było to „Good morning Vietnam”, będący, mimo komediowych wstawek, równie gorzkim i przejmującym obrazem tamtego bezsensownego, tragicznego konfliktu zbrojnego, co dzieła Olivera Stone’a.

„Rock the Kasbah” miał wszelkie zadatki, by dorównać obrazowi z Williamsem, bo przecież raz, że przed kamerą równie genialny komik, który jak nieodżałowanej pamięci Robin, potrafi fenomenalnie grać role dramatyczna, dwa reżyser, a trzy to zdecydowanie temat. Historia młodej dziewczyny, która wbrew woli ortodoksyjnej rodziny chce nie tylko publicznie pokazać twarz, ale i głośno śpiewać o tym co czuje to dobry punkt wyjścia do wielu aktualnych rozważań, o tym czego usiłujemy nie dostrzegać, a co jest koszmarem dla tak wielu kobiet wcale nie tak daleko przecież. I z każdym dniem coraz bliżej.

Bo choć fraza „ktoś tam ją zabije” pada w tym filmie często, to umówmy się, w lekkiej, sielskiej wręcz atmosferze tego filmu nikt z nas nie bierze tego poważnie. I słusznie. Wszystko tu jest bowiem nie tyle umowne, co ledwie naszkicowane, jakby skrypt co i rusz sprowadzał się do zdania: I tu Bill robi coś śmiesznego. Czasem robi, czasem nie. Czasem ktoś inny coś robi i fabuła leniwie przesuwa się kawałek do przodu, a potencjalne głazy zagrożeń wiszące nad bohaterami, drżą na wietrze jak przystało na karton czy styropian. I gdy wreszcie wszystko się ładnie, pięknie udaje, znudzony widz ma to totalnie w obolałej dupie i ma ochotę wyjść już z kina i pójść się odlać. I wtedy, Panie i Panowie, wchodzi scena ze sznurkiem. Za nią należy się w ocenie końcowej te dwadzieścia procent ekstra.

Disney
Poprzedni

Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy - fani dostali to, czego chcieli [recenzja] [film] [sci-fi]

Egmont
Następny

Kriss De Valnor #6: Wyspa Zaginionych Dzieci - Przychodzi Thorgal do "Władcy Much" [recenzja] [komiks] [przygodowy]

Jakub Ćwiek

Jakub Ćwiek

Jakub Ćwiek – publikując od dekady, miksuje różne podgatunki fantastyki z mediami innymi niż literatura. Tak powstał filmowo-serialowy "Kłamca", ukazujący kult gwiazd jako nową mitologię, rockowy "Dreszcz" będący komiksem zaserwowanym w postaci prozy, tworzący wizerunek polskiego superbohatera czy "Chłopcy", którzy nawet z najwygodniejszego fotela zabierają czytelnika na pustą drogę ciągnącą się aż po horyzont. Łącznie szesnaście tytułów. A gdy książki trafiają już do wydawnictwa, Kuba preleguje, podróżuje po świecie, grywa na gitarze, pisze teksty piosenek, scenariusze i felietony. Jego bohaterowie doczekali się komiksów, LARP-ów, filmów krótkometrażowych, adaptacji teatralnych, słuchowisk, gry karcianej i serii koszulek. Rock&Read Festival pokazało nowy sposób zabawy literaturą i rockiem, a gdzieś pomiędzy tym wszystkim Ćwiek znalazł jeszcze czas, by uścisnąć ręce Bruce'a Willisa, Jossa Whedona i Stephena Kinga oraz by założyć Browncoats of Poland. Za opowiadanie "Bajka o trybach i powrotach" otrzymał Nagrodę Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz