KINO / DVD 

San Andreas

Największe zaskoczenie amerykańskich kin – czyli katastroficzny super hit z Dwaynem Johnsonem ratującym rodzinę podczas gigantycznego trzęsienia ziemi.

Amerykańscy krytycy filmowi nie ukrywali swojego zaskoczenia wielkim sukcesem „San Andreas”, mnie zaś zaskoczył o wiele bardziej Dan Fellman jedna z szarych eminencji Warner Bros, który wygłosił publiczne expose, w którym tłumaczył tajemnicę sukcesu filmu. Generalnie jego zdaniem siła „San Andreas” tkwi w: oryginalnej historii, fenomenalnej kreacji Dwayne’a Johnsona i magii. I prawie mu uwierzyłem… Tyle że chyba widzieliśmy inne filmy.

Grany przez Johnsona bohater to strażak, który specjalizuje się w ratowaniu innych, ale (co wcale nie jest przecież oczywiste) nie potrafi uratować własnego małżeństwa. Ale, od czego mamy trzęsienia ziemi i inne katastrofy. Kiedy wstrząs o sile 9,1 w skali Richtera zacznie niszczyć Kalifornię, nasz strażak najpierw uratuje ze zgliszczy żonę, a wraz z nią wyruszy do San Francisco ratować córkę.

Schemat, na którym oparto „San Andreas” do specjalnie odkrywczych nie należy. Podobnie zresztą jak demolka Los Angeles i San Francisco, którą obserwujemy na ekranie. W zasadzie gdyby nie fakt, iż na napisach początkowych przy reżyserii podpisano człowieka, który nazywa się Brad Peyton, w zasadzie można by uznać, że to kolejne dzieło Rolanda Emmericha. „San Andreas” łączy z „Pojutrze” czy „2012” podobna wrażliwość w ukazywaniu emocji,  lekkość dialogów i wiwisekcja relacji między ludzkich. A poważnie – skąd zatem wychwalana przez Fellmana oryginalność? Ano to ciekawe – otóż okazuje się, że żyjemy w czasach, kiedy wtórny i oparty na wyeksploatowanych do bólu kliszach film, nazywany jest oryginalny, bowiem…. Nie jest remake’iem, rebootem, ani adaptacją komiksu. Oryginalność, to zdaniem producentów przepisany przez kalkę stary scenariusz z dodanym do obsady Rockiem.

I chyba tyle, co można o tym filmie powiedzieć. Kotlecik. Ciut czerstwy, ale widowiskowy. Z puentą (ostatnia scena i ostatnie zdanie, które pada z ust bohatera), od której boli serce, zęby, rozum i stopy. (Te ostatnie nie wiem dlaczego.)

Hanami
Poprzedni

Mushishi #1 [recenzja]

SQN
Następny

Z Archiwum X #2: Żywiciele [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz