KINO / DVD 

Sicario – Czas Bohaterów Minął [recenzja]

Denis Villeneuve wyrósł na jednego z ciekawszych, współczesnych reżyserów. Podobnie jak naszego Wojtka Smarzowskiego, interesuje go przede wszystkim mroczna strona życia. To rzecz jasna spore uogólnienie, ale w pełni oddaje obszar zagadnień, w którym porusza się ów twórca. „Sicario”, najnowszy film reżysera, od początku przytłacza ciężką atmosferą, dokładnie jak powinien to robić porządny, sensacyjny thriller.

„Sicario” bardzo ładnie koresponduje z „Narcos”, niedawną produkcją Netflixa o życiu narkotykowego barona, Pablo Escobara. Akcja filmu dzieje się co prawda współcześnie, na terenach przygranicznych USA i Meksyku, ale pozostawia nas w przeświadczeniu, że w sprawie trzęsących Ameryką Południową kartelów narkotykowych niewiele się zmieniło. To wciąż ta sama, niekończąca się, pełna brutalności walka z wiatrakami. Coś się jednak w tej walce zmieniło i właśnie o tym opowiada „Sicario”.

Czy bohaterka „Sicario”, biorąc za przykład nowych kolegów z jednostki, będzie w stanie uporać się z moralnymi rozterkami? Bo jeśli tak, to przecież z góry wiadomo, że czeka ją ta najgorsza z możliwych podróży – prosto do jądra ciemności.

Bohaterką filmu graną przez Emily Blunt, jest będąca członkinią grupy uderzeniowej agentka FBI, Kate Macer. Podczas niezwykle efektownie sfilmowanego nalotu na umiejscowioną na terytorium USA siedzibę handlarzy narkotyków, służby dokonują makabrycznego odkrycia. W ścianach przejętego budynku znajdują dużą liczbę ludzkich zwłok. W następstwie tych wydarzeń Kate dostaje propozycję dołączenia do specjalnej jednostki, która zajmuje się walką z narkotykowymi kartelami, także poza granicami USA.  Aby te zmagania przyniosły wymierne efekty, jednostka musi działać bezpardonowo, nie tyle na granicy prawa, co daleko poza nią. Podczas wspomnianej wyżej akcji FBI, Kate wykazała się pełnym profesjonalizmem i opanowaniem, ale na nowy sposób działania, skutkujący przekraczaniem uprawnień rządowego agenta w ogóle nie jest psychicznie przygotowana. I tu dochodzimy do najważniejszego pytania, które płynie do nas z seansu „Sicario” – czy Kate, biorąc za przykład nowych kolegów z jednostki,  będzie w stanie uporać się z moralnymi rozterkami? Bo jeśli tak, to przecież z góry wiadomo, że czeka ją ta najgorsza z możliwych podróży – prosto do jądra ciemności.

Villenouve pokazuje nam w filmie bohaterów, teoretycznie stojących po stronie tych dobrych, którzy już tę podróż odbyli. Nie wyglądają wcale na jakoś specjalnie doświadczonych tym faktem, rzucają żartami, zachowują się trochę nieodpowiedzialnie i nonszalancko. Czy to maska? Rodzaj obrony przed brutalną rzeczywistością? Nie dostaniemy na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi. Na spotkaniach omawiających strategię jednostki, Matt, bohater grany przez Josha Brolina paraduje w niezobowiązującym stroju, z którego mocno wyróżniają się klapki na stopach. Wygląda przez to trochę  jak odbicie Pablo Escobara z „Narcos”. Jest jeszcze tajemniczy osobnik grany przez Benicio Del Toro, małomówny typ, ponoć konsultant, choć na konsultanta jakoś za bardzo nie wygląda. Cały ten cyrk od początku zabija i głównej bohaterce, i obserwującemu emocjonujące wydarzenia widzowi porządnego ćwieka, aż wreszcie zadajemy sobie niepokojące pytanie – czy obie strony krwawych zmagań w ogóle czymś się między sobą różnią? No i jeszcze jedna rzecz. Przez długi czas nie wiemy, czemu film nosi właśnie taki, a nie inny tytuł – „Sicario”. Co oznacza,  jak informują nas twórcy na wstępie filmu – zabójcę.

W pewnym momencie filmową narrację przecina pęknięcie, swojego rodzaju przeniesienie fabularnego ciężaru. Kolejne wydarzenia zaczynają przerastać Kate i w efekcie jej postać zostaje  zepchnięta na boczny tor. Pogodzenie się z tym faktem, widzowi przyzwyczajonemu do hollywoodzkich schematów przychodzi z dużą trudnością. Wygląda to na świadomy, reżyserski zabieg, dzięki któremu Villenouve może polemizować z wizerunkiem wykreowanych przez popkulturę, kiedyś wydawałoby się wszędobylskich, posiadających ideały i moralny kręgosłup, walczących ze złem bohaterów. Czyżby ich czas minął? Nagle, z tego doskonale zrealizowanego thrillera wyłania się obraz bliższy rzeczywistości. Bliższy, niż byśmy chcieli. Ano właśnie – czy widzowie chcą oglądać takie filmy? Z reguły idziemy do kina by się rozerwać, by uciec od ponurego, wyłaniającego się  zewsząd obrazu świata, a jeśli już nawet w kinie nie da się od tego odciąć, to chcemy przynajmniej zobaczyć bohatera, który się nie poddaje i przywraca normalny stan rzeczy. No tak, potrzebujemy bajek. Najlepiej takich, w których superbohater skopie czarnemu charakterowi  dupsko i na koniec wygłosi patetyczną, podnoszącą na duchu przemowę, ewentualnie rzuci jakimś efektownym one-linerem. Nic z tego  w  „Sicario” nie zobaczymy i nic nie podniesie nas tu na duchu. Czas bohaterów minął. Zostali zabójcy kontra zabójcy.

FOX
Poprzedni

Minority Report – kolejny nudny procedural [recenzja]

PAX AM
Następny

1989 - czyli Taylor Swift naga i piękna [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz