KINO / DVD 

Star Trek: W nieznane – w dobrze znane [recenzja]

Najnowszy „Star Trek” nie oferuje w zasadzie nic nowego. Dla niektórych widzów będzie to filmu zaletą, dla niektórych wadą.

Jaki największy błąd można uczynić przed seansem „Star Trek: W nieznane”? Dzień wcześniej przypomnieć sobie dwa poprzednie filmy ze zrestartowanej franszyzy. Efekt? Rodzące się podczas oglądania nowej odsłony uczucie, jakby po raz kolejny widziało się ten sam film. W dłuższych odstępach na pewno by to tak nie raziło, ale wystarczą trzy „Star Treki” w ciągu dwudziestu czterech godzin i człowiek z miejsca zauważa, jak trudno twórcom pokusić się o oryginalność i nowatorstwo w przypadku marki, którą miliony znają i kochają (ale jednak nie w takim stopniu, jak markę „Star Wars”).  Ma być fajnie, widowiskowo i niestety bezpiecznie, tyle że być może nadeszły czasy, kiedy w dobie „Deadpoola” i nadchodzącego „Legionu Samobójców” to może już nie działać. Wystarczy powiedzieć, że w najnowszym „Star Treku” absolutnie najfajniejszym momentem jest kosmiczna rozpierducha przy dźwiękach „Sabotage” Beastie Boys i wiemy o co chodzi.

Interakcje, przekomarzanki bohaterów są nadal fajne, a sceny akcji epickie ( nawet aż za bardzo), ale przewidywalność fabularnych konceptów i zbytnia zachowawczość twórców nieco psują nam zabawę.

„Sabotage” możemy zresztą pamiętać z pierwszej odsłony „Star Treka” z Chrisem Pine’m w roli Kapitana Kirka i Zacharym Quinto odtwarzającym Spocka. Ów film z 2009 roku tchnął świeżością i zrywał z oczywistymi wizerunkami większości bohaterów, ale bardziej na zasadzie umiejętnie wplecionej, metafilmowej gry. W najnowszej odsłonie, Kapitan Kirk (oraz sam Chris Pine) jest o kilka lat starszy, poważniejszy, odpowiedzialny, bez błysku młodzieńczego szaleństwa w oczach i rozwichrzonej fryzury, a wraz z nim postarzała się też widocznie reszta załogi (może oprócz identycznie wyglądającego Spocka). Sam bardzo zabawny początek z misją dyplomatyczną kapitana jeszcze tego powrotu do tradycji nie zapowiada, potem jednak rozlega się nastrojowy monolog głównodowodzącego, dający odczuć, że trochę się u niego i u jego załogi pozmieniało. Lecą, eksplorują, są w misji już niemal trzy lata i odczuwają zwykłe ludzkie znużenie i wątpliwości. Dlatego też, by znowu rozgorzał w nich płomień entuzjazmu, wyruszają w nietypową, ale też prawdopodobnie w niebezpieczną misję. Prosto w  mgławicę, w której utracą kontakt ze służbami Federacji. W tytułowe nieznane.

Te minuty, kiedy Enterprise trafia w sam środek nebuli, a potem rozdzielona załoga musi radzić sobie na nieprzyjaznej planecie naprawdę robią wrażenie, bo przez długi czas nie wiemy, jak bohaterowie wykaraskają się z tarapatów. Najbardziej cieszy właśnie ucieczka od ziemskich spraw i zagrożeń dla Federacji, czas gdy bardziej liczy się eksploracja planety. Potem jednak wszystko wraca na utarte tory i to w takim stopniu, że rodzi się wspomniane wyżej odczucie oglądania powtórki schematów z poprzednich części – nawet rzucane co i rusz przez bohaterów one-linery nie są w stanie przysłonić wrażenia pewnej wtórności. Najbardziej cieszy wprowadzenie najfajniejszej chyba postaci w filmie, efektownej z wyglądu i krnąbrnej z zachowania Jaylah, ale im dalej w las, tym bardziej jej potencjał wydaje się marnowany. No i jeszcze Spock – tym razem wydaje się być zepchnięty na drugi plan, a to przecież jego relacja z nieokrzesanym Kirkiem napędzała fabułę poprzednich części.

Ta wyliczanka żalów i pretensji nie oznacza, że podczas nowej odsłony „Star Treka” nie będziemy się dobrze bawić. Interakcje, przekomarzanki bohaterów są nadal fajne, a sceny akcji epickie (nawet aż za bardzo), ale przewidywalność fabularnych konceptów i zbytnia zachowawczość twórców (na stanowisku reżysera Abramsa zastąpił znany z serii „Szybkich i wściekłych” Justin Lin) nieco psują tę naszą zabawę. Przy trzeciej części zrestartowanej serii czuć niestety zmęczenie materiału. „Star Trekowi” naprawdę należy się wyprawa w nieznane, a skoro w nieznane, to najlepiej w nieprzewidywalne. Obawiam się jednak, że twórców raczej nie będzie stać na coś takiego i pozostaną przy dobrej zabawie dobrze znanymi klockami.

Dead of Summer
Poprzedni

Dead of Summer - strachy nad jeziorem [recenzja]

dubaj prawdziwe oblicze
Następny

Dubaj - Ciemna strona raju [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz