KINO / DVD 

Steve Jobs – emocjonalny psychopata [recenzja]

Danny Boyle w biografii „Steve’a Jobsa” pokazuje jak z małej psychodramy stworzyć pasjonujący thriller. Wystarczy tylko precyzyjny scenariusz i aktor, który na swoich plecach udźwignie cały film.

 

Kiedy dwa lata temu do kin trafiła słabiutka biografia „Jobs” wydawało się, że postać nawiedzonego geniusza Steve’a Jobsa została na dekady przez kino pogrzebana. Twórca Apple w wykonaniu Ashtona Kutchera był bowiem kompletnie nieciekawym chłoptasiem, a nie wizjonerem, który zmienił komputerowy (i nie tylko) świat. Choć nie można zrzucać całej winy za niepowodzenie „Jobsa” na Kutchera. Aby opowiedzieć historię tak skomplikowanego i dziwnego człowieka, jakim był Jobs potrzeba pomysłu, który sięga dalej niż chronologiczne opowiadanie o życiu. Chronologia pokazuje zdarzenia, ale nie mówi prawdy. Był więc „Jobs” filmem o życiu, ale życia pozbawionym. Filmową czytanką. Ot, co.

Być może przez to, kiedy tylko dowiedziałem się o tym, że Danny Boyle zmierzy się z postacią Jobsa zamiast czekać na film z utęsknieniem, kompletnie go zignorowałem. Niesłusznie. Boyle w końcu już w „127 godzinach” udowodnił, że kino biograficzne w jego wykonaniu dalekie jest od banału hagiograficznej czytanki. Ale podświadomość „Steve’a Jobsa” zignorowała. Teraz, kiedy trafił na DVD obejrzałem go w zasadzie przez przypadek. O piątej rano. Bo nie mogłem spać i nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Pięć minut po włączeniu filmu siedziałem oniemiały wpatrując się z otwartą buzią w telewizor.

Boyle, podobnie jak w „127 godzinach” postawił na ascetyzm. Tam wymuszony (film opowiadał historię uwięzionego w kanionie człowieka), tu narzucony odgórnie przez scenariusz Aarona Sorkina. Twórca takich seriali jak „West Wing” czy „Newsroom” wpadł na prosty, ale bardzo dobry pomysł, jak opowiedzieć o meandrach życia Jobsa, bez popadania czytankowy ton. Wybrał trzy publiczne wystąpienia Jobsa i dookoła nich zbudował całą narrację. A zatem człowieka, który stworzył potęgę Apple poznajemy w chwili premiery pierwszego Maca. Jest rok 1984. Apple zapłaciło ponad półtora miliona dolarów za reklamę komputerów Mac (reżyserował ją Ridley Scott). Jobs ma wprowadzić na rynek komputer, który zmieni postrzeganie elektroniki. Czy zżera go trema? Czy boi się publicznego wystąpienia przez setkami ludzi? Nic z tych rzeczy. Jobs to bufon, który zamiast troszczyć się o pracowników i rodzinę, wkurza się o to, że „Time” nie zamieścił jego zdjęcia na okładce. Czterdzieści minut później przenosimy się do roku 1988, kiedy to Jobs wprowadza na rynek własny produkt – komputer NeXT. Dekadę później czekamy z nim na początek konferencji, podczas której pokaże światu pierwszego iMaca. I tyle. Trzy konferencje. Zapis nerwów, rozmów z współpracownikami, asystentką (w roli Joanny Hoffman – córki Jerzego – fenomenalna Kate Winslet) i byłą partnerką. Historia życia Jobsa, narodziny jego fortuny, sławy, to wszystko odkrywamy przez przypadek z urywków rozmów i wspomnień.

Ten prosty zabieg pozwala Boyle’owi skoncentrować się nie na życiu i osiągnięciach Jobsa, a nim, jako człowieku. Na pierwszy plan wychodzą tu obsesje i frustracje człowieka, który zna cel, ale nie radzi sobie z kłodami rzucanymi pod nogi przez los. Sorkin z Boylem pięknie pokazują niezdolność Jobsa do międzyludzkich reakcji, jego chorą megalomanię i przekonanie o swojej nieomylności. Tyle, że nie oceniają swojego bohatera. Lub inaczej – zamiast oceniać pokazują, że bez determinacji, bez przekonania o własnej nieomylności nie zaszedłby tam gdzie był. Bliskość została przez niego złożona na ołtarzu sukcesu. Przerażające? Być może. Ale przede wszystkim paradoksalnie – bardzo ludzkie. Zresztą ludzkie oblicze Jobsa i to z jak wielu rzeczy świadomie rezygnował w życiu kapitalnie w scenariuszu ograł Sorkin. Przez dwie godziny projekcji scenarzysta tworzy postać Jobsa z drobiazgów i skrawków życia. W finale, gdy pozwala na kilka minut pokazać mu ludzkie oblicze okazuje się, że żaden z rozrzuconych drobnych elementów nie znalazł się tu przypadkowo. Niczym w rasowym thrillerze – w konstrukcji nie ma przypadków, a każda rzecz i każde wypowiadane zdanie na końcu okaże się niebywale istotne.

Ponieważ „Steve Jobs” jest filmem, którego akcja toczy się w zasadzie w trzech pomieszczeniach, największy ciężar spoczywa tu na barkach Michaela Fassbendera. To on jest głównym spoiwem filmu i jego siłą napędową. I to on sprawia, że siedzimy wpatrzeni w ekran niczym zahipnotyzowani. Co ciekawe – wcale nie potrzebował do tego charakteryzacji i specjalnego upodobniania się do Jobsa. On nim nie jest i nie próbuje się stać. Po prostu go gra. I robi to w sposób fenomenalny. Przepraszam Akademio Filmowa, ale pomijając Fassbendera w tegorocznych Oscarach (podobnie jak Sorkina) popełniłaś jeden z największych błędów. W przeciwieństwie do DiCaprio, Fassbender nie potrzebuje misia i tony skór na sobie, aby pokazać człowieka toczącego w swoim wnętrzu wojnę ambicji z człowieczeństwem.  Niezwykły to jest film. Skromy, wyciszony, ale przy tym zagłębiający się w uczuciach i emocjach człowieka, o którym mówiono, że jest ich pozbawiony.

Amazon
Poprzedni

Bosch sezon 2 - w piekle Los Angeles [recenzja]

Egmont
Następny

Wolverine i X-Men #2: Szkoła przetrwania - solidna lekcja survivalu [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz