KINO / DVD 

Summer Camp – próba filmowej zabawy z konwencją [recenzja]

Horrorów o wszelkiej maści infekcjach zamieniających porządnych obywateli w żądne mordu bestie mieliśmy dotąd tak wiele, że można wręcz mówić o przesycie. W miarę jak gatunkowa nisza wypełnia się coraz bardziej, zamiast na odgrzewanie tych samych kotletów, twórcy coraz częściej decydują się na eksperymentowanie z tematyką. Mniej więcej tak, jak postanowił zrobić to w swoim filmie Alberto Marini.
Tak jak „Summer Camp” można chwalić za garść próbujących iść na przekór pomysłów, gorzej wychodzi mu już ich realizacja.

Fabuła to na pierwszy i drugi rzut oka, schemat goniący za schematem. Czwórka opiekunów tytułowych letnich kolonii udaje się w urokliwe hiszpańskie zakątki w celu zorganizowania obozu dla młodych, by tam niemal natychmiast paść ofiarą tajemniczego choróbska, przeobrażającego ludzi w quasi-zombie, na wzór pamiętnych „28 dni później” Danny’ego Boyle’a. Na tym podobieństwa między dwoma filmami się kończą, bo o ile film Brytyjczyka konsekwentnie trzymał się mrocznej, depresyjnej tonacji, tak „Summer Camp” to ciężar gatunkowy nieporównywalnie lżejszy.

Już pierwsza sekwencja ucieczki przez las jednej z bohaterek sama w sobie stanowi metafilmowe mrugnięcie okiem do widza i wyraźnie sugeruje, że do grobowej powagi obrazowi Mariniego będzie daleko. Takich momentów będzie w „Summer Camp” więcej,  jak choćby pomysłowy przekładaniec z odwracaniem ról oprawców i ofiar, czy ociekające smoliście czarnym wręcz humorem zakończenie. Również bohaterowie, którzy sami w sobie stanowią zlepek najbardziej charakterystycznych dla kina grozy stereotypów nie zawsze zachowują się tak, jak moglibyśmy tego oczekiwać i zabawa pod tytułem: „kto dotrwa do końca”, wcale nie jest tak łatwa jak mogłoby się z początku wydawać.

Tak jak „Summer Camp” można chwalić za garść próbujących iść na przekór pomysłów, gorzej wychodzi mu już ich realizacja. I okej, od samej strony technicznej filmowi wiele zarzucić nie można – jest przyzwoicie zagrany, zdjęcia oddają chaos całej sytuacji a charakteryzacja „przemienionych” prezentuje się odpowiednio obrzydliwie. Diabeł tkwi raczej w sposobie prowadzenia fabuły, bo jak się zdaje, Marini próbował chwycić zbyt wiele srok za ogon i stworzyć film, na którym będzie bawił się każdy.

Wyszło na odwrót. Chęć wepchnięcia filmu w mainstream zaowocowała tym, że obok mniej przewidywalnych zwrotów akcji w pakiecie dostajemy bez mała standardowy rozwój historii i równego tempa „Summer Camp” przez osiemdziesiąt minut seansu utrzymać nijak nie potrafi. I tak, po jakimś czasie, kiedy zaczynamy orientować się co jest grane, dominujące wszem i wobec sceny ucieczek okraszone rozdygotanymi zdjęciami zaczynają nieco męczyć, tym bardziej, że jakiegoś konkretnego zawiązania historii w filmie brak.

Kolejna rzecz to sprawa indywidualna – w mojej opinii jednak tego typu kino aż prosi się o przełamanie mainstreamu i choćby kroplę więcej gore, na wzór „Domu w głębi lasu”, o takiej firmowanej nazwiskami Afflecka i Damona „Krwawej uczcie” nawet nie wspominając. Tutaj posoki jest tyle co kot napłakał i więcej nasłuchamy się potępieńczych jęków niż nacieszymy oczy graficznym przedstawieniem domniemanej rzezi. Próżno też szukać w hiszpańsko-amerykańskiej koprodukcji większej dozy napięcia – zgodnie z przyjętą formułą wszystko tu dzieje się na tyle szybko, że kwestia budowania niepokojącej atmosfery wyparowuje już po kilkunastu minutach.

Szkoda Mariniego, bo jego „Summer Camp” to film trochę dla nikogo. Jako horror dyskwalifikuje się już na starcie, nie spełniając podstawowego zadania dla większości widzów – bo strachu w nim jak na lekarstwo. Z kolei docelowa grupa gatunkowych wyjadaczy, która mogłaby docenić zabawę z ogranymi schematami, będzie najpewniej zawiedziona zbytnią zachowawczością filmu w kluczowych momentach. Mogła być z tego perełka dla nielicznych, a jest – po raz kolejny – w sumie nic.

summoner_wyprawa
Poprzedni

Summoner #2: Wyprawa - fenomen potwierdzony [recenzja]

DC Entertainment
Następny

Historia antyherosów z "Legionu Samobójców"

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski

Urodzony w 1987 roku w Środzie Wielkopolskiej. Z wykształcenia magister Administracji, choć zawodowo związany z branżą logistyczną. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę.

Publikował w "Nowej Fantastyce", a także w serwisach "Horror Online", "Szortal" (audiobook "Reguła Rothmana"), "Niedobre Literki" i "film.org.pl". Kilkukrotnie wyróżniony w konkursach na opowiadania organizowanych przez portal "Nowej Fantastyki". Z "Dziką Bandą" związany od października 2015 roku.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz