KINO / DVD 

Synchronicity – burzliwe zabawy z czasem [recenzja]

Pamiętacie jeszcze „Primera” albo „Coherence”? Te dwa dziełka są koronnymi przykładami na to, że żeby zrobić dobry film o podróżach w czasie czy alternatywnych rzeczywistościach, wcale nie potrzeba wielkiego budżetu. Wystarczy pomysł i dokładne jego wykonanie. W „Synchronicity” po trosze zawodzi i jedno i drugie.
Mimo porządnej realizacji, „Synchronicity” nie dodaje od siebie do tematyki podróży w czasie nic, czego nie widzielibyśmy już wcześniej.

Jim Beale jest jednym z trójki ambitnych fizyków, stojących u progu przełomowego odkrycia – otwarcia tunelu czasoprzestrzennego, umożliwiającego podróże w czasie. Problem w tym, że przedsięwzięcie jest niezwykle kosztowne, toteż projekt opiera się na współpracy ze sponsorującym całość, mającym własne cele korporacyjnym magnatem (Michael Ironside). Wkrótce we wszystko wmiesza się jeszcze pewna ponętna dziewoja, która dla rozwoju dalszych wydarzeń odegra kluczową rolę – a postawiony pod ścianą Jim zdecyduje się na desperacki krok…

Najbardziej w „Synchronicity” kuleje początek. O ile samo wprowadzenie wygląda jeszcze naprawdę przekonująco, tak co dalsze fabularne rewelacje (choćby dynamiczny „rozwój” znajomości Jima i Abby) zaskakują raczej in minus. Jak to w filmach o zabawach z alternatywnymi liniami czasowymi bywa, tak i tutaj warto jednak ścierpieć początkowy chaos, bo „Synchronicity” rozwija skrzydła po pół godzinie seansu, kiedy bohater wskakuje do tunelu czasoprzestrzennego – nagle okazuje się, że sceny które wcześniej wydawały się cokolwiek nie na miejscu jednak mają sens, a scenariusz całkiem przyzwoicie trzyma się kupy.

Większym problemem jest już fakt, że fabuła to w zasadzie zestaw ogranych klisz i ogniwem napędzającym motywacje Jima (co w pewnym momencie ironicznie zauważa jeden z bohaterów) znów okazują się uczuciowe rozterki. Próżno szukać również w filmie Jacoba Gentry’ego innowacyjnego podejścia do teorii naukowych – każdy, kto zetknął się do tej pory z więcej niż jednym obrazem podejmującym temat podróży w czasie, raczej nie wyniesie z seansu rewolucyjnych przemyśleń.

Realizacyjnie jest przyzwoicie. Efektów komputerowych jest niewiele, jednak ciemne scenerie i niepokojąca ścieżka dźwiękowa sprawiają, że da się uchwycić posępny, ewidentnie inspirujący się „Blade Runnerem” klimat opowieści. Co jakiś czas jesteśmy raczeni również kilkusekundowymi wizualizacjami rodem z filmu dokumentalnego, które prawdopodobnie mają symbolizować podróż bohatera przez tunel czasoprzestrzenny. W akompaniamencie potępieńczego ambientu tworzy to pewne uczucie dyskomfortu – i za to dla twórców spory plus.

Nie zachwyca za to aktorstwo. Trudno spodziewać się co prawda po filmie tego kalibru Oscarowych wodotrysków, ale i tak jest wyraźnie poniżej średniej. Najsłabiej wypada główny bohater, którego teatralna ekspresja w pewnych momentach może wręcz niezamierzenie śmieszyć. Z kolei dość ciekawie prezentuje się Michael Ironside, który co prawda przechodzi przez film z jednym wyrazem twarzy, ale ze swoim lodowatym spojrzeniem i pozbawionym emocji głosem jest przy tym wystarczająco „creepy”, by ciągnąć seans w roli głównego złego.

„Synchronicity” to solidny średniak. Nieźle zrealizowany, z pozbawionym ewidentnych dziur logicznych scenariuszem i całkiem ciekawym klimatem – nie dodający jednak od siebie do tematyki podróży w czasie nic, czego nie widzielibyśmy już wcześniej. I za to, ocena wyższa niż połowa droga do perfekcji być nie może.

Egmont
Poprzedni

Liga Sprawiedliwości #5: Wieczni bohaterowie - przeciętny suplement do "Wiecznego Zła" [recenzja]

Wyd. Komiksowe
Następny

Azymut #2: Niech piękna zdycha - w poszukiwaniu ptaka czasu [recenzja]

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski

Urodzony w 1987 roku w Środzie Wielkopolskiej. Z wykształcenia magister Administracji, choć zawodowo związany z branżą logistyczną. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę.

Publikował w "Nowej Fantastyce", a także w serwisach "Horror Online", "Szortal" (audiobook "Reguła Rothmana"), "Niedobre Literki" i "film.org.pl". Kilkukrotnie wyróżniony w konkursach na opowiadania organizowanych przez portal "Nowej Fantastyki". Z "Dziką Bandą" związany od października 2015 roku.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz