KINO / DVD 

Szkolna zaraza – dzieci zombie [recenzja] [film]

Pamiętacie horror „Oni” Roberta Rodrigueza? Na nauczycieli w prowincjonalnym liceum polowali tam uczniowie, których ciała opanowali krwiożerczy kosmici. W „Szkolnej zarazie” odwrócono tę sytuację. Tym razem to nauczyciele bronią się przed uczniami.
Po dobrym wprowadzeniu i przedstawieniu postaci, film traci rozpęd i zamienia się w zwyczajny komediowy horror z dziećmi zombie.

U Rodrigueza, Elijah Wood wcielał się w postać ucznia nieudacznika, tu siedemnaście lat starszy zagrał nieudacznika nauczyciela Clinta Hadsona. Clint miał odnieść wielki sukces w Nowym Jorku, ale nie wyszło. Nie został pisarzem i z podwiniętym ogonem wrócił do swojego rodzinnego miasteczka by uczyć w szkole i spać w swoim dawanym dziecięcym pokoju. Pewnego dnia w szkole zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Najpierw na lekcji jedna dziewczyna rzuca się na chłopca, potem zaś przechodzące dziwną mutację dzieci zaczynają zjadać nauczycieli… Przerażone niedobitki ciała pedagogicznego barykadują się w pokoju nauczycielskim. Tym czasem wiadomości podają, że dzieci w innych miastach także zaczynają się dziwnie zachowywać…

Twórcy „Szkolnej zarazy”, podobnie jak Rodriguez i Kevin Williamson (scenarzysta „Onych”) mieli dobry i prosty pomysł. Spakujmy do jednego wora tyle klisz gatunkowych ile tylko można i zabawmy się nimi przestawiając akcenty. W „Onych” mieliśmy grę z rasowym science fiction dotyczącym inwazji, tu z horrorem zombie i szkołą. Oryginalny tytuł brzmi „Cooties” i odnosi się do gry podobnej do naszej starej szkolnej zabawy w „syfa”. Osoba określona mianem „cooties” musi szybko dotknąć kogoś innego i przekazać mu „swoją chorobę” bo inaczej przegra i będzie pośmiewiskiem klasy.

Trzeba przyznać, że pierwsze dwadzieścia minut filmu to czysta filmowa frajda, dla każdego wielbiciela popkultury. Scenarzyści (w tym Leigh Whannell, twórca „Piły” i „Naznaczonego”) żonglują żartami i nawiązaniami. A to kpią z hobbiciego dorobku Wooda, a to żartują z kina, gatunków i oczekiwań widzów. Ładnie skonstruowano postać głównego bohatera, który pisze powieść, którą co prawda już dawno temu napisał Stephen King, ale on nie chce przyjąć tego do wiadomości.

Niestety „Szkolna zaraza” cierpi na ten sam problem co „Oni”. Po dobrym wprowadzeniu i przedstawieniu postaci, film traci rozpęd i zamienia się w zwyczajny komediowy horror z dziećmi zombie. Owszem technicznie jest to znakomicie zrealizowane, owszem dobrze zagrane, ale niestety wpada w pułapkę sztampy i gatunkowego banału. Szkoda, bo potencjał był ogromy, ale zabrakło ewidentnie i pomysłu, i większej dozy szaleństwa i odwagi. W efekcie powstał film, który obejrzeć można, nawet nas ubawi, ale tuż po napisach końcowych zwyczajnie o nim zapomnimy.

Sonia Draga
Poprzedni

Krąg - antyutopia bliskiego zasięgu [recenzja] [książka] [thriller]

SQN
Następny

Dygot - mięsista, mocna powieść [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz