KINO / DVD 

Tarzan: Legenda – udany powrót Władcy Małp [recenzja]

Przygody Tarzana, autorstwa Edgara Rice’a Burroughsa, to klasyka literatury przygodowej, która doczekała się niezliczonych ekranizacji. Wśród nich wypada wymienić klasyczną wersję z lat 40. z pięciokrotnym złotym medalistą olimpijskim Johnnym Weissmullerem (z niej pochodzi słynny okrzyk głównego bohatera), „Greystoke: Legendę Tarzana, władcy małp” (od którego zaczęła się hollywoodzka kariera Christophera Lamberta), Disneyowską animację z nagrodzoną Oskarem piosenką Phila Collinsa, a także cieszące się sporą popularnością seriale z Wolfem Larsonem i Joe’em Larą. Tym razem do kin trafiła wysokobudżetowa produkcja w reżyserii Davida Yatesa, znanego między innymi z pracy nad drugą połową filmów o Harrym Potterze.
„Tarzan: Legenda” daje widzowi dokładnie to, czego można oczekiwać: solidne kino przygodowe, pełne akcji ulokowanej w pięknych afrykańskich okolicznościach przyrody. 

Przedmiotem żartów stało się już to, że ilekroć jakiś popularny bohater wraca na ekrany, widzowie muszą kolejny raz obejrzeć jego genezę. Gdy oglądamy kolejnego Batmana, zostaniemy uraczeni śmiercią rodziców Bruce’a w Crime Alley, w przypadku Spider-Mana dostajemy obowiązkowo ukąszenie radioaktywnego pająka i śmierć wujka Bena. U Tarzana z kolei mamy do czynienia ze śmiercią jego rodziców, wychowaniem wśród małp, spotkaniem z Jane. Jednak na szczęście, nie o tym jest „Tarzan: Legenda” – te sceny stanowią tylko elementy retrospekcji osadzających właściwą akcję w szerszym kontekście.

John Clayton, lord Greystoke, znany niegdyś jako Tarzan (Alexander Skarsgard), zostaje poproszony przez premiera Wielkiej Brytanii o wystąpienie w roli emisariusza w Kongo. Początkowo odmawia, jednak zostaje przekonany przez amerykańskiego dziennikarza Williamsa, który podejrzewa, że pod panowaniem belgijskiego króla Leopolda wprowadzono tam niewolnictwo. Władca małp, w towarzystwie ukochanej Jane Porter (Margot Robbie) i Williamsa, powraca do Afryki. Na miejscu okazuje się, że musi stawić czoło bezwzględnemu i przebiegłemu Leonowi Romowi – dowódcy oddziałów Force Publique, który prowadzi z nim własną grę.

„Tarzan: Legenda” daje widzowi dokładnie to, czego można oczekiwać: solidne kino przygodowe, pełne akcji ulokowanej w pięknych afrykańskich okolicznościach przyrody. Jednocześnie nie stroni od trudnych tematów – niewolnictwa i czarnych kart historii Konga. Wszak Leon Rom (w tej roli Christoph Waltz grający to, co zwykle) to autentyczna postać historyczna – zbrodniarz, który zdobił swój kwietnik odciętymi murzyńskimi głowami i mógł być inspiracją dla postaci Kurtza w „Jądrze ciemności” Josepha Conrada. Prawdziwą postacią jest także Williams (Samuel L. Jackson) – żołnierz, a w późniejszych latach pastor, polityk i dziennikarz, który ujawnił światu ogrom zbrodni reżimu króla Leopolda w Kongo. Co prawda film nie zagłębia się w potworności, tylko czyni z poczynań Roma element awanturniczej fabuły, jednak ma tę wartość, że przypomina, co się tam działo na przełomie XIX-XX wieku.

Drugim tematem, który wybrzmiewa w tle, jest dokonywany przez ludzi gwałt na naturze. W jednej scenie jesteśmy świadkami spotkania bohaterów ze stadem słoni, przeżycia na granicy mistycyzmu, w innej widzimy wagony kolejowe załadowane po brzegi potężnymi słoniowymi kłami. Robi wrażenie, a równocześnie w sposobie, w jaki to ukazano, nie ma natrętnego moralizatorstwa.

Film jest bardzo sprawnie zrealizowany, wolny od dłużyzn, z dobrą muzyką, świetnymi zdjęciami i solidnymi efektami wizualnymi. Na uwagę zasługuje też odświeżony zew Tarzana – z jednej strony, wciąż charakterystyczny, z drugiej, bardziej drapieżny niż okrzyk Weissmullera. Także obsada radzi sobie dobrze, chociaż jak już wspomniałem, można mieć zastrzeżenie, że aktorski repertuar Waltza mógłby wreszcie stać się bogatszy. W ostatecznym rozrachunku „Tarzan: Legenda” jest na tyle satysfakcjonujący, że nie miałbym nic przeciw temu, aby doczekał się kontynuacji.

BrainDead_TV_Series-238671012-large
Poprzedni

BrainDead - polityka, kosmiczne mrówki i eksplodujące mózgi [recenzja]

Egmont
Następny

Wieczny Batman #2 - Ofiara wiecznego pośpiechu [recenzja]

Jerzy Rzymowski

Jerzy Rzymowski

Jerzy Rzymowski (JeRzy) - redaktor, dziennikarz, okazjonalnie pisarz i tłumacz. Członek Klubu Tfurców. Członek-założyciel Polskiego Towarzystwa Badania Gier. Niegdyś redaktor magazynów „Kruk” i „Magia i Miecz” oraz tygodnika internetowego „GameStar”. Był współscenarzystą cyklu programów dla dzieci „Łowcy przygód” dla TVP1. W latach 2000-2002 współprowadził na antenie Radiostacji audycję „Dzikie Pola”. Jego opowiadania ukazały się m.in. w magazynie „Fenix” (1997) oraz w antologiach „Niech żyje Polska, hura!, t.2” (2006) i „Wizje alternatywne 6” (2007). Obecnie redaktor naczelny miesięcznika „Nowa Fantastyka”.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz