KINO / DVD 

Tata kontra tata – zabawny pojedynek dwóch aktorów [recenzja]

Czy Will Ferrell jest lepszy kiedy totalnie jedzie po bandzie, czy też grając nieszkodliwego, stroniącego od przemocy faceta? Może zamiast odpowiadać na to wcale nie aż tak istotne pytanie, przyznajmy po prostu, że partnerujący aktorowi Mark Wahlberg, skradł koledze film.
Wszystko przez długi czas odbywa się tu w myśl fabularnego klucza, według którego ów pozytywny, ciapowaty bohater zbiera od nieprzyjaznej nagle rzeczywistości bezustanne cięgi, a próbując po męsku rywalizować z przybyszem, tylko kopie pod sobą dołki.

Adam Sandler, Ben Stiller, Vince Vaughn – wydaje się, że wszyscy wymienieni panowie, rozpoznawalni przede wszystkim dzięki święcących niegdyś kasowe triumfy komediach z ich udziałem, najlepsze lata kariery mają już za sobą. Ich ostatnie filmy przynoszą od jakiegoś czasu przeciętne wyniki finansowe, a wszystko to w myśl zasady rządzącej w Hollywood, według której nie możesz być wiecznie na topie. W pewnym momencie rozpoczyna się bowiem droga w dół i odcinanie kuponów, czyli w showbiznesie nic nowego. Jednak przypadek Willa  Ferrella nie jest tak oczywisty jak wymienionych wyżej kolegów po fachu, aktor zalicza stabilniejszą  sinusoidę kariery , raz jest lepiej, raz ciut gorzej, jego filmy wciąż oscylują w granicach stumilionowych wpływów, a mający w stanach premierę w czasie ubiegłorocznej Gwiazdki „Tata kontra tata” jeszcze bardziej odwrócił trend (co prawda niedługo po nim był słabo spisujący się „Zoolander 2”, ale to przecież bardziej film Stillera niż Ferrella).  W ciągu kilku tygodni wyświetlania, „Tata kontra tata” zarobił w  amerykańskich kinach prawie sto pięćdziesiąt milionów dolarów. Czy zasłużenie?

Zasługa dobrego wyniku finansowego leży z pewnością w dużym stopniu po stronie Marka Wahlberga, który potwierdził tu swój komediowy talent, a przy tym grając prawdziwego super macho, potrafił nawet w końcowym efekcie szczerze zadrwić z własnego emploi. Owszem, to prawda, że miał efektowniejszą i wyrazistszą rolę do zagrania, ale nie można wykluczyć, że Ferrell w imię dobrze poprowadzonej fabuły, dał się przyćmić Wahlbergowi świadomie i bez żalu. Razem stworzyli popisowy momentami duet, który jak można to już wyczytać z polskiego tytułu i zaobserwować na filmowym plakacie, oparto na rywalizacji i kontrastach.

Ferrell gra tu Brada Whitakera, wrażliwego męża pięknej Sary i zarazem ojczyma jej dwójki małych dzieci. Jest facetem stroniącym od przemocy, dość często roniącym łzy, zaangażowanym emocjonalnie w wychowanie dzieciaków i udzielającym się społecznie. Natomiast były mężczyzna Sary, Dusty Mayron , to typ supersamca i niespokojnego ducha, który jednocześnie potrafi roztaczać wokół siebie aurę osobistego uroku i z jego pomocą manipulować bliskimi i znajomymi. Właśnie powraca z jakichś zagranicznych wojaży, dzieci i byłej żony (która, jakoś tak wyszło, zapomniała mu wspomnieć, że ponownie wyszła za mąż)nie widział od wielu miesięcy i na wieść o nowym mężczyźnie w jej życiu, od razu budzi się w nim duch rywalizacji. Czy spokojny Brad, pracownik jazzowej rozgłośni radiowej, ma w ogóle jakieś szanse i pole manewru w zetknięciu z przytłaczającą osobowością i prawdziwie męskim doświadczeniem życiowym niespodziewanego rywala?

Wszystko przez długi czas odbywa się tu w myśl fabularnego klucza, według którego ów pozytywny, ciapowaty bohater zbiera od nieprzyjaznej nagle rzeczywistości bezustanne cięgi, a próbując po męsku rywalizować z przybyszem, tylko kopie pod sobą dołki. Ta sytuacja, mimo że całkowicie odmienna fabularnie, przypomina schemat z pamiętnego „Poznaj mojego tatę”, kiedy grający Grega Fockera Ben Stiller, z minuty na minutę, skutecznie „pomagając” sobie w tym procesie, bezustannie pogrążał się w oczach teścia. W „Tata kontra tata”  Brad,  ciągle prowokowany przez Dusty’ego,  robi wszystko wbrew swej bezkonfliktowej naturze, a widz ma z jego niefortunnych poczynań  tylko ubaw, czekając na kolejne eskalacje konfliktu. Czasami twórcy świadomie jadą po bandzie, ale przecież udział Ferrella w tym przedsięwzięciu, po którym doskonale wiemy, czego się można spodziewać, zapewnia mocny, dosadny humor. Świetnie w tej konstrukcji odnajduje się Mark Wahlberg, który – śmiało można to powiedzieć – gra w „Tata kontra tata” jedną ze swych najlepszych ról. Jest czarujący, prawdziwy w swej potrzebie samczej dominacji, ale też nieodparcie śmieszny i to wcale nie na siłę, zwłaszcza w kluczowej scenie serialu, kiedy to starszym widzom mogą przypomnieć się dawne czasy śpiewającego i tandetnego  łobuziaka, Marky Marka.

„Tata kontra tata” łączy w sobie – i to udanie – elementy filmu familijnego (z obowiązkowym morałem) z bardzo popularną w kinie dwudziestego pierwszego wieku, formułą komedii dosadnej. Takie połączenie nie za każdym razem wypala, ale w tym przypadku rezultat jest bardzo przyzwoity. Być może dlatego, że twórcy dołożyli jeszcze do tego koktajlu trzeci składnik, czyli elementy komedii absurdalnej (choćby figura czarnoskórego „przyjaciela domu”) i kiedy tylko nadarzała się ku temu okazja, przemycali na ekranie bardziej wysublimowane żarty. „Na tata konta tata” można kilka razy głośno i szczerze zaśmiać, a przede wszystkim miło spędzić półtorej godziny. Co prawda pierwsze minuty filmu nie zapowiadają może aż tak dobrej zabawy, ale im dalej, tym jest lepiej, trzeba tylko dać fabule trochę czasu na rozkręcenie. A po końcowych napisach gwarantuję, że wyjdziemy z kina ukontentowani.

Andrew Tarusov
Poprzedni

Filmy Disneya w stylu Tima Burtona [galeria]

Jessica Nigri Dzika Banda 45
Następny

Najlepszy cosplay (XII) – Jessica Nigri [galeria]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz