KINO / DVD 

Ted 2 – bez litości, bez skrupułów [recenzja]

To, że nad wyraz wygadany i wyluzowany pluszowy miś, Ted, powróci, było wiadome niedługo po premierze pierwszego filmu w reżyserii Setha MacFarlane’a – twórcy kultowego „Family Guya”. Minęły trzy lata i oto jest. Tak samo bezczelny, tak samo politycznie niepoprawny, tak samo nonkonformistyczny. I wszystko byłoby równie fantastyczne, gdyby nie fakt, że bezduszne przepisy odmówiły Tedowi bycia nikim innym, jak osobą, mającą prawa i obowiązki, funkcjonującą w systemie społecznym, pozwalającym mu być mężem dopiero, co poślubionej Tami-Lynn.

Seth MacFarlane po raz kolejny, wspierając się swoim pluszowym bohaterem, kpi sobie w najlepsze z „prawych” i „poprawnych” Amerykanów. Reżyser i scenarzysta w jednej osobie robi wszystko, na co pozwala mu duże hollywoodzkie studio, żeby było niegrzecznie, prowokacyjnie i jednocześnie zabawnie. Fakt, humor jest dość osobliwy, trafiający nie do każdego bywalca przybytku X Muzy. Trzeba mieć dużo dystansu, aby zaakceptować dowcip na poziomie odbiegającym od eleganckiej rozrywki. Ale też nigdy tu o elegancję nie chodziło, wręcz przeciwnie. Dlatego przy pomocy misia, który ma dość ambiwalentny stosunek do obowiązujących norm i zasad, MacFarlane strzela ostrą amunicją w czułe i najczulsze punkty amerykańskiej obyczajowości. Czy aby tylko amerykańskiej?

Trzeba mieć dużo dystansu, aby zaakceptować dowcip na poziomie odbiegającym od eleganckiej rozrywki. Ale też nigdy tu o elegancję nie chodziło, wręcz przeciwnie.

Ted znowu szokuje, a przynajmniej ma taki zamiar. Tym razem, jakiś czas po swoim szczęśliwym ożenku, okazuje się, że miś jest tylko i wyłącznie tak zwaną własnością ruchomą, czyli rzeczą, której nie przysługują ludzkie prawa. Osobisty „dramat” bohatera sprawia, że jego najlepszy przyjaciel John (Mark Wahlberg) postanawia wstąpić na drogę sądową, aby tę kontrowersyjną sprawę raz na zawsze zakończyć. Tak też obaj poznają młodą prawniczkę Samanthę L. Jackson graną z rozbrajającą swobodą przez Amandę Seyfried. Trójka dość szybko zawiązuje wyjątkowej urody bractwo, którego spoiwem jest niemalże intymne zamiłowanie do zioła. I tak zaczyna się zabawna, bezkompromisowa i niebezpieczna krucjata o prawo Teda do, po prostu, bycia!

Ted 2„, jak na kontynuację przeboju z roku 2012, już tak dobry nie jest, co nie znaczy, że nie daje tej „wysublimowanej” przyjemności z oglądania perypetii głównego bohatera. Można narzekać na scenariusz, który dwoi się i troi, aby w ogóle zaistnieć, ale same dziarskie gagi w większości przypadku bronią się jako niezależne byty. Osobiście z rozrzewnieniem wspominał będę parafrazę kultowej już sceny z „Jurassic Park” Spielberga, kiedy pierwszy raz na ekranie pojawiają się dinozaury… Tu pojawia się zgoła coś innego. Co? To już trzeba samemu zobaczyć. Z kolei ostatni akt rozegrany podczas Comic Con, to już frajda sama w sobie, a fani popkulturowego melanżu będą wprost zachwyceni.

Najnowszy obraz Setha MacFarlane’a to rozrywka rodem z kabaretu podana w fabularnej oprawie. Nomen omen niezwykle sugestywna jest scena, obśmiewająca poziom amerykańskiego stand up’u. Jedno jest pewne, „Ted 2” nie ma litości dla żadnej świętości – rym zamierzony! Tu się nikt nie ukryje, nikt się nie schowa. Polityka, media, społeczeństwo, wszystko obśmiane jest równo i sprawiedliwie. Reżyser bawi się w najlepsze i bez skrupułów. Co pozostaje widzowi zrobić dokładnie to samo. Wiedząc, co to towarzystwo potrafi i do czego jest zdolne, nie powinno być zawodu.

ŹRÓDŁO: ONET

Best Film
Poprzedni

Lost River – wysmakowana wizualnie filmowa wydmuszka [recenzja]

Dan Luvisi Dzika Banda 38
Następny

Dan Luvisi - przetwórca popkultury [galeria]

Artur Cichmiński

Artur Cichmiński

Współpracownik Onet.pl

Brak komentarzy

Dodaj komentarz