KINO / DVD 

Terminator: Genisys [film]

Parafrazując Bareję – nowy „Terminator” to Terminator na miarę naszych możliwości. I oczywiście nie jest to nasze ostatnie słowo!

Przywołuję Bareję nie bez powodu. Piąta odsłona kultowej serii stworzonej przez Jamesa Camerona jest bowiem w pewnym sensie bliska logice opowieści właśnie Barei. Jest to wada, jak i zaleta. I podsumowanie to, choć powinno znaleźć się na końcu tej recenzji, pojawia się na początku z przekory. Jest bowiem nowy „Terminator” przekorny do granic absurdu.

Wszyscy wiemy, jak to się zaczęło – w 1984 roku z przyszłości pojawia się elektroniczny morderca, a wraz z nim człowiek, który ma za zadanie mu przeszkodzić. Głównym celem jednego, jak i drugiego jest Sarah Connor – przyszła matka zbawcy ludzkości przed nuklearnym holokaustem zgotowanym ludzkości przez maszyny. I tak też zaczyna się piąta odsłona serii – sentymentalnym powrotem do oryginału.

Pierwsze minuty to powtórka z rozrywki. Dobrze znamy tę historię i nie przeszkadza nam, że widzimy ją z drugiej strony, to znaczy perspektywy Kyle’a Reese’a oraz Johna Connora. Widzimy jak doszło do tego, że Reese wrócił. Twórcy odtwarzają sceny powrotu T-800, zdobywanie ubrania oraz słynne „Chodź ze mną, jeśli chcesz żyć”. Jednocześnie bawią się odniesieniami, prezentując popkulturowy mash-up z pełną premedytacją. To hołd dla tych, którzy od lat kochają się w pierwszych „Terminatorach”. To najlepsze minuty filmu.

Niestety szybko się kończą.

Dalsza historia tonie w nieoznaczoności, niedopowiedzeniu oraz ewidentnych dziurach logicznych. Dostajemy menażerię dobrze znanych postaci w okolicznościach, których byśmy się nie spodziewali. Dopóki trwają wybuchy, grzmią wystrzały, wszystko jest w porządku. Pod względem wizualnym film jest świetny. Bardzo dobre są również dialogi, a przy okazji pada kilka obłędnych bon motów. Nie mam wątpliwości, że zapadną w pamięć. Tylko jakby nie o to chodzi.

Pierwsze dwa „Terminatory” polegały na inteligentnie skrojonej, ambitnej rozrywce. Kto chciał oglądać film sensacyjny, miał Arnolda jeżdżącego na motocyklu i strzelającego z miniguna do tłumu. Kto lubił patrzeć w tło, odkrywał pozornie tylko proste zabawy z czasem, powodujące niezliczone paradoksy na poziomie kreacji rzeczywistości. Każda z nich była banalnie, ale efektownie wytłumaczona, a co ciekawe – wszystko układało się w nierozerwalną całość. Na konwentach fantastyki lubiłem dzielić się ze słuchaczami filozoficzną analizą metafizyki świata „Terminatora”. Cameron odrobił lekcje. Przede wszystkim zrozumiał, że widz nie jest idiotą i trzeba mu zapewnić wyjaśnienie, które zmusi go do zastanowienia.

Poza tym pierwsze filmy miały oczywistą, ale piękną wymowę humanistyczną. Ludzkość bawiąca się w Boga, pragnąca stworzyć coś większego od siebie, a jednak niewinna w swoich uczynkach, niezdająca sobie sprawę z własnych starań. I maszyny, które są jednocześnie nemezis, jak i wybawieniem. Cyborg w drugiej części bawi się z chłopcem, opiekuje się jego matką, rzuca raptem jedno, ale za to jakie, powiedzonko! „Terminator” w tamtych czasach był dziełem inteligentnym, a jednak wciąż rozrywkowym. Najwyższa półka.

Nie pojęli tego reżyser i scenarzysta nowej odsłony, czyniąc z seansu pogoń za najtańszą z oryginalności. Sęk w tym, że pierwowzory wcale nie były oryginalne. Po prostu przemielały schemat monstrum Frankeinsteina w symbolice cyberpunku. „Terminator: Genisys” to próba utworzenia alternatywnej linii czasowej w świecie, który jej nie potrzebuje. Zbawca ludzkości okazuje się oszustem, a na dodatek istnieje możliwość tego, że Skynet w ogóle się nie narodzi. Abyśmy nie poczuli się rozczarowani, dodano krótką scenę po napisach końcowych, w której mruganie okiem do widza jest raczej waleniem go obuchem w łeb. Brak tu jakiejkolwiek subtelności.

Dziury logiczne są znaczące i widoczne dla każdego, kto poświęci choćby chwilę na zastanowienie. Do tej pory nie mam pojęcia, skąd w tym filmie wziął się jeden z cyborgów, a także nie rozumiem, jak można było zniszczyć drugiego bronią, której sam użył wcześniej na sobie bez żadnych konsekwencji. Niektóre postacie pojawiają się tylko po to, aby powiedzieć coś śmiesznego, zaś inne, aby zgadzały się nazwiska z pierwszych dwóch części.

„Terminator: Genisys” jest dziełem absurdalnym. Wcale niezłym, jeśli chce się oglądać go jako film sensacyjny, ale tragicznym gdy próbuje się go analizować na serio. Ktoś mógłby spytać, po co właściwie takie coś interpretować. Ano po to, że pierwsze dwie odsłony nadawały się do tego znakomicie. Jest to więc czyste odwrócenie porządku, absurd, bareizm. Cyborg na miary naszych, spłyconych czasów.

Aha – jeśli ktokolwiek ma wątpliwości – będzie następny. Z tej kury będą jeszcze kolejne złote jajka. Albo chociaż z tombaku. Fabuła jest bowiem otwarta i nie wierzę, że twórcy się zatrzymają.

Albatros
Poprzedni

Dziewczyna z zegarem zamiast serca

Czarna Owca
Następny

Pogromca lwów

Emil Strzeszewski

Emil Strzeszewski

Emil Strzeszewski – rocznik 85. Urodzony w święto niepodległości w Łomży. Obecnie warszawski słoik z duszą olsztyńską i sercem ostrołeckim. Pisarz, redaktor, dziennikarz, social media nędza. Założyciel i były redaktor naczelny e‑zinu „Creatio Fantastica”. Publikował w „Magazynie Fantastycznym”, „Fantastyce - Wydaniu Specjalnym”, „Fantasy & Science Fiction” oraz w antologiach „City 1” i „Rok po końcu świata”. Finalista konkursu Uniwersytetu Jagiellońskiego na tekst literacko-naukowy „Futuronauta”. Debiutował książkowo w wydawnictwie Powergraph steampunkową powieścią „Ektenia”. Kolejna powieść „Ród” ukazała się nakładem wydawnictwa Genius Creations. Jego pasją jest zapisywanie się na boks, od lat bezskuteczne.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz