KINO / DVD 

The Big Short – apokalipsa na własne życzenie [recenzja]

Nie, po obejrzeniu „The Big Short” człowiek nie czuje wcale przygnębienia przedstawionym tam obrazem świata. Ogarnia go przede wszystkim wkurw i poczucie bezradności, a najlepiej ów stan podkreśla użyty w filmie cytat z powieści Murakamiego: „Każdy z nas, w głębi serca czeka na koniec świata”.
„The Big Short” to cyniczna, wspaniała komedia o kilku cwanych gostkach, którzy dostrzegli szansę wzbogacenia się na nieuchronnie nadchodzącym w 2008 roku kryzysie finansowym.

A przecież „The Big Short” to właściwie komedia. Cyniczna, wspaniała komedia o kilku cwanych gostkach, którzy dostrzegli szansę wzbogacenia się na nieuchronnie nadchodzącym w 2008 roku, przewidzianym jedynie przez garstkę osób, kryzysie finansowym. Co dziwne, bardzo tym cwaniakom w ich poczynaniach kibicujemy, chyba w myśl zasady, że jeśli coś i tak ma nieuchronnie się zawalić, to niech przynajmniej ktoś na tym skorzysta. To, w jaki sposób bohaterowie „The Big Short” korzystają z nadarzającej się okazji, jest  dla zwykłego zjadacza chleba po prostu czarną magią. Co to jest hipoteka jeszcze kojarzymy, co to jest kredyt hipoteczny wysokiego ryzyka (czyli udzielony podmiotom o niskiej zdolności kredytowej – od tego zaczęło się pompowanie bańki) też. Ale już dalej – swapy (credit default swap czyli to, na czym bohaterowie filmu zarobili – George Soros określił pięknie ten instrument finansowy jako „posiadanie polisy na czyjeś życie i jednocześnie licencję na zabicie tej osoby”), czy CDO (obligacja zabezpieczona długiem), to już wyższa matematyka, czy raczej wyższy stopień bankowej, piętrowej hohszatplerki, przypominający raczej ryzykowne zakłady bukmacherskie niż zwykłe oszczędzanie. Na szczęście, dzięki udziałowi w filmie gości specjalnych (między innymi Margot Robbie i Selena Gomez), zostało to obrazowo, na konkretnych, wziętych z życia przykładach  wytłumaczone widzowi. Widz jest zresztą pełnoprawnym bohaterem filmu, aktorzy często się do niego bezpośrednio zwracają („Czujesz się znudzony? Ogłupiały?”), aż w końcu w pełni angażujemy się w tę napisaną przez życie fabułę, a im bliżej końca, coraz rzadziej  się uśmiechamy, uświadamiając sobie, że nie oglądamy wcale komedii, a prawdziwy dramat, a momentami nawet horror.

Tak, to dramat i horror, w którym pogrążyliśmy się na własne życzenie. W filmie użyty jest jeszcze jeden cytat, od Marka Twaina – „Nie wpędzi cię w kłopoty to, o czym nie wiesz, tylko to, o czym jesteś przekonany”. I rzeczywiście, do granego przez Steve’a Carrela bohatera i pracujących dla niego kolegów z funduszu hedgingowego dociera w pewnym momencie prosta prawda. Ludzie wokół nich, cały świat finansowy wokół nich pogrążył się w samozadowoleniu. Bo przecież, kiedy jest dobrze, to samo oszukując się myślimy, że zawsze będzie dobrze. Naprawdę? Nie wiemy, nie pamiętamy, jakie jest życie, pełne wzlotów i upadków? Z tego co usiłują nam przekazać twórcy filmu, rzeczywiście nie wiemy, czy raczej nie pamiętaliśmy przed 2008 rokiem, w krótkich czasach ekonomicznej prosperity. Stąd też, „The Big Short” staje się nie tylko krytyką systemu finansowego, nie zawęża się jedynie do takiej optyki. Obnaża inne, psychologiczne mechanizmy rządzące ludźmi, wśród których jest choćby wiara w stabilność systemu i nie chodzi jedynie o ten finansowy. Spójrzmy nawet na nasz przypadek, zmieniła się władza, zaczęła wprowadzać nowe porządki i nagle wiele osób płacze i krzyczy, ojeju, co to się narobiło i  dlaczegooo!? No cóż, okazuje się, że system jest jak życie, czy raczej jak kobieta – zmienny. Uroki demokracji i tyle. Ale chyba wybiegam za daleko, przecież to tylko recenzja filmu. Świetnie nakręconego, ze znakomitymi występami hollywoodzkich gwiazd, nawet z nutą niespodziewanego tu raczej humanizmu, wpisanego w role Brada Pitta i Steve’a Carrella, których bohaterowie dobrze wiedzą, co ma do „zaoferowania” złowieszczy system. Filmowa perełka, która gdyby życie i świat było lepsze, nie miałaby prawa powstać.

I właściwie to by było na tyle. Obejrzałem film, który najlepiej ukazuje funkcjonowanie współczesnego świata, który pozostawia w widzu rodzącą się, anarchistyczną myśl, że ów świat powinien po prostu pierdolnąć. Czemu tak popularne są dzisiaj dzieła o postapokaliptycznej tematyce? Bo pokazują proste zasady funkcjonowania świata, za którymi podświadomie tęsknimy. Choć kto wie, może ta postapokalipsa właśnie się dzieje, a my wszyscy gramy w niej role bezrozumnych zombiaków, tyle że z powybijanymi zębami i jedyne co nam pozostało, to wydawać dzikie odgłosy i kłapać szczęką. Ale przecież światem rządzi ewolucja i może te zęby na nowo się wykształcą. A wtedy im (komu właściwie?) pokażemy!

Scream Comics
Poprzedni

Incal - metafizyczna space opera [recenzja]

Albatros
Następny

Zmuś mnie - Jack is back [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz