KINO / DVD 

The End of the Tour – filmowe arcydzieło [recenzja]

Nie zdarza mi się to często. W zasadzie prawie nigdy. Ale tym razem z pełną świadomością mogę to napisać. „The End of the Tour” to filmowe arcydzieło. Film, do którego chcę wracać, chcę zanurzać się w jego szalonej narracji i którego nie zapomnę przez lata.

Ostatni raz zdarzyło mi się to po projekcji „Fight Clubu” Davida Finchera. Wyszedłem z sali, wróciłem do kas i kupiłem bilet na kolejny seans. Siedemnaście lat później dwa razy z rzędu obejrzałem „The End of the Tour”. Film, który zaciska pięść na sercu i nie puszcza.

Teoretycznie to nie miało prawa mieć miejsca. Po pierwsze ten film to biografia. Po drugie biografia dość oszukana, bo jest raptem zapisem pięciu dni, jakie spędzili ze sobą pisarz David Foster Wallace i dziennikarz i pisarz David Lipsky. Po trzecie wreszcie – to w zasadzie rozpisana na dwóch aktorów sztuka, gdzie nie dzieje się nic innego poza rozmową. Wallace i Lipsky dyskutują. Ten pierwszy wydał właśnie swoją najgłośniejszą powieść „Infinite Jest”. Lipsky jest pisarzem (jego pierwsze teksty rekomendował sam Raymond Carver), ale tak wielkiego sukcesu nie odniósł. Dorabia zatem jako dziennikarz pisząc dla „Rolling Stone’a”. Tylko tyle. Wallace’a gra Jason Segel. W Lipsky’ego wciela się Jesse Eisnenberg.

W wielu miejscach możecie przeczytać, że ten film to biograficzne starcie tytanów na wzór „Amadeusza”. Że „The End…” wymaga koncentracji i skupienia. Że to zaglądanie w głąb duszy pisarza (w sumie w głąb dusz dwóch pisarzy). Racja. Po części konstrukcja „The End…” przywodzi na myśl „Amadeusza”. Tylko życie dopisało do niego zupełnie inną niż w przypadku konfliktu Mozart/Salieri, przewrotną puentę. Gdy Wallace i Lipsky się spotkali, pierwszy był literackim bogiem, drugi chciał nim zostać. Przewrotność życia polega na tym, iż dzięki spotkaniu z Wallacem został jednym z najwybitniejszych reportażystów. Książka „Although of Course You End Up Becoming Yourself” („A na końcu i tak staniesz się sobą”), w której opisał swoje spotkanie z pisarzem (a która posłużyła tu za scenariusz) dziś uznawana jest za jeden z najlepszych reportaży, jakie wydano w Stanach. Pięć dni z Wallacem zamieniło go z aspirującego pisarza w wybitnego dziennikarza. Kiedy mamy tę świadomość tytuł książki Lipsky’ego staje się zrozumiały i oczywisty.  Z trudnością filmu polemizowałbym, James Ponsoldt prowadzi swoją historię niebywale lekko. I choć „The End…” to tylko rozmowa, ogląda się go jak trzymający w napięciu thriller. Nie wiemy, co panowie powiedzą za chwilę, a każda puenta, każdy gest zaczyna nabierać różnych znaczeń.

Na większość filmów biograficznych patrzymy zazwyczaj przez pryzmat postaci, ich życia itp. Trudno je wyrwać z kontekstu osoby a przez co kończą swój żywot w chwili, gdy dowiadujemy się o bohaterze wszystkiego. Jest raptem kilka wybitnych filmów biograficznych, które zupełnie śmiało można obejrzeć bez osobowego kontekstu. Bez świadomości, że snują one opowieść prawdziwą. Jednym z takich filmów był „Człowiek z księżyca” Formana. Innym „Vincent i Theo” Altmana. Takim też dziełem jest „The End…”.

Ponsoldt tak mądrze prowadzi swój film, iż wcale nie musimy wiedzieć, kim był David Foster Wallace. Wiedza o jego geniuszu, tragicznej śmierci jest zbędna, bowiem „The End…” w pewnym momencie przestaje być opowieścią biograficzną a staje się uniwersalną, czytelną i przeraźliwie smutną historią o obłędzie i życiu w niewoli pozorów. O tym jak kruche bywa przeświadczenie o własnej wartości. Jak trudno jest żyć zmagając się bezustannie z depresją. Bo tak naprawdę to film nie o konkretnym człowieku, a o chorobie. O tym, co robi z głową, poczuciem wartości. Jak usuwa spod nóg stały grunt i każe brnąć w niepewność. Wallace w wykonaniu (skądinąd genialnym i zasługującym na każde nagrody) Jasona Segela to czarujący, sympatyczny i niebywale inteligentny facet. Potrafi mówić o seksie, współczesnej kulturze, stawiać mądre społeczne diagnozy i sprawiać wrażenie przyjaciela. Ale wystarczy, że umysł dostarczy mu jeden niepokojący bodziec, jedno złe skojarzenie a czar pryska. Sympatyczny człowiek zamienia się w plującego jadem, wrogo nastawionego osobnika, broniącego wyimaginowanego świata.  Atak nie trwa zbyt długo. Bohater wraca do ludzkiej postaci. Ale w nas zostaje zasiane ziarno niepokoju.

Lipsky, który jechał do pisarza dyskutować o piciu, narkomanii i pisaniu, trafił do świata, którego kompletnie nie był w stanie zrozumieć. Jego wielkość, jako dziennikarza polegała na tym, iż zamiast dopisać do historii swój osąd, on tylko spisał fakty. Fakty, które mówią nie tylko bardzo wiele o tym, jak bardzo cierpiał (i jak trudne było z nim życie) Wallace, ale przede wszystkim pokazują świat postrzegany przez człowieka z psychicznymi zaburzeniami.  Dzięki temu, że Ponsoldt nie wprowadza nas nazbyt mocno w twórczość Wallace, nie podkreśla bezustannie jego geniuszu, „The End of the Tour” z filmu biograficznego zamienia się w przejmujące stadium depresji i samotności. W życiu, w chorobie, w twórczości. Co najistotniejsze – nic z tego nie jest powiedziane tu wprost. Przeciwnie. Reżyser gra tu półsłówkami, niedopowiedzeniami. Więcej o chorobie i tym z czym w głowie zmaga się Wallace możemy się domyślić, niż jest nam pokazane. Nie sztuką jest mówić otwartym tekstem. Sztuką jest opowiedzieć historię tak, aby zmusić widza do refleksji. Niemiłej i przygnębiającej.

Nie zdarza mi się to często. W zasadzie prawie nigdy. Ale tym razem z pełną świadomością mogę to napisać. „The End of the Tour” to filmowe arcydzieło. Film, do którego, chcę wracać, chcę zanurzać się w jego szalonej narracji i którego nie zapomnę przez lata.

joy-poster
Poprzedni

Joy - rodzinny dreszczowiec o mopach, telezakupach i telenowelach [recenzja]

Albatros
Następny

Mroczna wieża #7: Mroczna wieża - wielki finał sagi [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz