KINO / DVD 

The Last Man on the Moon – dokonać niemożliwego [recenzja]

Niemal czterdzieści pięć lat mija od chwili, w której człowiek po raz ostatni stał na powierzchni Księżyca. Tego epokowego wyczynu dokonała do tej pory dwunastka zaangażowanych w program Apollo astronautów. To właśnie z perspektywy jednego z nich, Eugene’a Cernana, poznajemy wydarzenia, o jakich opowiada nam „The Last Man on the Moon”.
Pełen wiary w ludzką determinację hołd dla tych, którzy na stałe zapisali się na kartach historii.

Eugene Cernan to żywa legenda. Związaną z lataniem karierę zaczynał jako oficer marynarki wojennej i pilot bojowych myśliwców. W 1963 roku został wyselekcjonowany przez NASA do trzeciej grupy astronautów, mających uczestniczyć w programach Gemini i Apollo. Ukoronowanie kariery przyszło niemal dziewięć lat później, kiedy w grudniu 1972 roku jako dowódca ostatniej, siedemnastej misji Apollo, stał się tytułowym, ostatnim człowiekiem, jaki stąpał po powierzchni srebrnego globu. Później przyszła medialna sława, niezliczone ilości występów telewizji i filmach dokumentalnych i wreszcie wydana w 1999 roku autobiografia, której ekranizacji pod tym samym tytułem podjął się brytyjski filmowiec, Mark Craig.

W trakcie ponad dziewięciu lat produkcji, twórcom udało się uzyskać dostęp do archiwalnych zdjęć i materiałów i w końcu, film zadebiutował w ograniczonej dystrybucji w 2014 roku, z miejsca zdobywając uznanie krytyków wyróżnienia na festiwalach w Houston i Newport Beach. Sam dokument, to właśnie połączenie historycznych materiałów, uzupełnionych o (bardzo udane) efekty specjalne – okraszone narracją samego Cernana i wywiadami z innymi zaangażowanymi w całą sprawę.

Opowieść jaką „The Last Man on the Moon” nam przedstawia, zachowuje balans pomiędzy historią amerykańskich programów związanych z Księżycem w pigułce, jak i indywidualne rozliczenie z przeszłością słynnego astronauty w których poznajemy jego drogę przez poszczególne szczeble kariery i życie prywatne na tle przełomowych wydarzeń. Na szczęście twórcy nie skupiają się na politycznych zawirowaniach towarzyszących technologicznemu wyścigowi USA i ZSRR, uwagę koncentrując na uczuciach – i strzelają tym w dziesiątkę.

Przede wszystkim Cernan snuje swoją historię od serca, emocjonalnie wędrując w lata młodości, ale nie popadając przy tym w tani sentymentalizm. Przeprowadzając widza przez kolejne bardziej i mniej udane próby na drodze do ostatecznego sukcesu, daje możliwość spojrzenia od wewnątrz na pełną nierzadko heroicznych wyczynów część jednego z największych dokonań w historii naszej cywilizacji. Jeśli dodać do tego piękne zdjęcia uzupełniane poruszającą muzyką Lorne’a Balfe mamy w efekcie rzecz, która momentami ociera się wręcz o mistycyzm. Gdzieś w tym wszystkim przebija się co prawda amerykańska duma (choć nie zadęcie) i łopoczące flagi co stanowi  jedyny chyba moment, w którym uczulonym na podniosłe tony, dokument może odbić się czkawką.

W całym tym splendorze, dokument Craiga odgrywa jeszcze jedną, być może najważniejszą rolę. W naszych pełnych dynamiki czasach, kiedy ludzi powyżej pewnego wieku bezrefleksyjnie spychamy pobłażliwym machnięciem ręki na margines, stanowi bowiem „The Last Man on the Moon”  niejako manifest odchodzącego pokolenia, raz jeszcze wskazującego drogę, którą powinniśmy podążać. I wzorując  się na słowach, jakie Cernan wypowiada pod koniec, rzucającego nam wyzwanie: My tu byliśmy. My tego dokonaliśmy, jednocząc się w pragnieniu dokonania rzeczy wielkiej. A teraz pokażcie nam, że was stać na jeszcze więcej.

„The Last Man on the Moon” to rzecz wybitna. Twórcy podjęli się zadania wyjątkowo trudnego, by opowiadając nienową przecież historię, poruszyć czułe struny ludzkiej duszy. Wyszli zeń obronną ręką – ich dokument to pełen wiary w ludzką determinację hołd dla tych, którzy na stałe zapisali się na kartach historii. Wzrusza, uczy, a dla wszystkich, którym zdarza się tęsknie spojrzeć w górę, jest pozycją bardziej niż obowiązkową. Czy zatem można wymagać czegoś więcej?

Egmont
Poprzedni

Uncanny X-Men #1: Rewolucja - powtórka z rozrywki, ale... [recenzja]

Call of Juarez
Następny

Najciekawsze polskie gry ostatniej dekady

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski

Urodzony w 1987 roku w Środzie Wielkopolskiej. Z wykształcenia magister Administracji, choć zawodowo związany z branżą logistyczną. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę.

Publikował w "Nowej Fantastyce", a także w serwisach "Horror Online", "Szortal" (audiobook "Reguła Rothmana"), "Niedobre Literki" i "film.org.pl". Kilkukrotnie wyróżniony w konkursach na opowiadania organizowanych przez portal "Nowej Fantastyki". Z "Dziką Bandą" związany od października 2015 roku.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz