KINO / DVD 

The Lobster – niewygodne prawdy Yorgosa Lanthimosa [recenzja]

Wydawałoby się, że po takim filmie jak „Kieł”, Yorgos Lanthimos nie będzie już w stanie w podobnym stopniu poruszyć widzem. „The Lobster” jest pierwszą, międzynarodową produkcją reżysera z gwiazdami w obsadzie, co mogłoby prowadzić do wniosku, że tym razem twórca złagodzi obraz świata. Otóż, nic bardziej mylnego.
W „The Lobster” reżyser ponownie proponuje nam prawdziwie wywrotową fabułę. Gatunkowo wpisuje się ona w antyutopijne science-fiction spod znaku Aldousa Huxleya, choć próżno by w niej szukać typowego, fantastycznego sztafażu.

Rodzina, cywilizacja, społeczeństwo, czy nawet zwykłe stosunki międzyludzkie – dla Lanthimosa to jedynie zbiór narzuconych odgórnie norm, które reżyser poddaje swojemu niecodziennemu (wielu powiedziałoby – skrzywionemu) osądowi. Choć „osąd” to być może za dużo powiedziane – patrzy na rzeczywistość pod nieco innym kątem, przez co jego filmy potrafią budzić u widza inny rodzaj emocji, niż zazwyczaj dostarcza kino. To nie są fabuły, których bohaterami są ludzie i jakaś ich historia. To raczej filozoficzno – obrazoburcze eksperymenty myślowe, w których ścierającym się ze sobą ideom dano po prostu ludzką twarz. Kino, które drąży, próbuje odczarować, odkłamać naszą rzeczywistość – a widz oczywiście wcale nie musi się z taką wizją zgadzać.

W „The Lobster” reżyser ponownie proponuje nam prawdziwie wywrotową fabułę. Gatunkowo wpisuje się ona w antyutopijne science-fiction spod znaku Aldousa Huxleya, choć próżno by w niej szukać typowego, fantastycznego sztafażu, historia wygląda tak, jakby równie dobrze mogła dziać się tu i teraz. Poznajemy Davida (wyciszony Colin Farrel z brzuszkiem i wąsem), trafiającego wraz z grupką innych ludzi do dziwacznego Hotelu, który przypomina takie miejsce jedynie z nazwy i wyglądu (znowu kłaniają się odwrócone, pozmieniane desygnaty nazw, znane z „Kła”). Bohatera właśnie porzuciła dla innego mężczyzny żona, a jako że mamy do czynienia ze światem, w którym nikomu nie wolno pozostawać samotnym, David zostaje umieszczony w owym „hotelu”. To bardziej rodzaj reedukacyjnego obozu, w którym w ciągu określonej liczby dni bohater musi znaleźć sobie partnerkę wśród innych, zamieszkujących tu samotników. Jeśli mu się to nie uda – zostanie zamieniony w zwierzę. Ma przynajmniej możliwość wybóru, jakie to mogłoby być zwierzę i w razie niefortunnego obrotu spraw, rezerwuje tytułowego homara – ponieważ te zwierzęta mogą żyć ponad sto lat i codziennie obmywają je fale oceanu.

To tak naprawdę punkt wyjściowy fabuły, im dalej w las, tym wizja  świata bardziej się rozrasta, coraz częściej powodując u widza uczucie konsternacji. Jakieś przykłady? Mieszkańcy hotelu łączą się w pary, kiedy posiadają jakąś wspólną, wyróżniającą się cechę – może to być choćby cyklicznie cieknąca z nosa krew. W Hotelu jest zakaz masturbacji, jeśli ktoś zostanie na tej czynności przyłapany, czeka go wyjątkowo bolesna kara. I wreszcie polowania na zbuntowanych przeciwko systemowi, ukrywających się w lasach samotników. Kto z rezydentów hotelu takiego dopadnie, zostaje mu automatycznie przedłużony pobyt, czym zwiększa swoje szanse na wyszukanie odpowiedniego partnera. A kiedy już nowa, utworzona para zda pomyślnie jeszcze kilka dziwacznych testów, to tworzący ją rezydenci  będą mogli powrócić na łono społeczeństwa i zamieszkać w Mieście.

Myliłby się ktoś, kto sądzi, że znajdzie w tej historii (razem z jej bohaterami) jakiś rodzaj katharsis, bądź możliwość przebicia się do wizji bliższej nam rzeczywistości. Weźmy chociażby ukrywających się w lesie samotników – w innym filmie pewnie byliby buntownikami w słusznej sprawie, którzy na koniec zaprowadzają bądź przywracają właściwy porządek rzeczy. Tu nie ma czegoś takiego jak właściwy porządek rzeczy, samotnicy również mają własny zestaw wyznawanych przez siebie prawd i norm, który zakrzywia także ich rzeczywistość. Czy w tym świecie jest w ogóle coś prawdziwego, wzniosłego, a nie pusto brzmiące slogany? Czy z  takiego świata, czy raczej od takiego świata jest możliwa ucieczka?

„Lobster” drażni, niepokoi, jest filmem pobudzającym intelektualnie, fascynującym wręcz, a jednak wciąż nieprzyjemnym w odbiorze. Ludzie na ogół nie lubią, kiedy wytyka się im niewygodne prawdy, burzy poczucie sensu istnienia, obnaża kruchość cywilizacyjnych norm, przedstawia nie jako samoświadome byty, tylko aktorów grających role do z góry ustalonego scenariusza. Lanthimos myśli pod prąd i próbuje obnażyć nienaturalność wielu ludzkich zachowań, tak zbiorowych, jak i indywidualnych. W każdym jego filmie musi być scena tańca, zazwyczaj fikuśnego, groteskowego, wzbudzającego u widza śmiech. U niego „człowiek” nie brzmi dumnie, dla reżysera człowiek jest w zasadzie dziwnym, nieracjonalnym  stworzeniem, które potrafi nagle stanąć przed lustrem i zacząć podskakiwać i wyginać się w rytm łupiącej muzyki. I chyba w perspektywie tego rodzaju  atawistycznych ciągot, przebijających zza maski „normalnie” funkcjonującej istoty społecznej,  wydaje się on greckiemu twórcy znacznie prawdziwszy i ciekawszy.

Vesper
Poprzedni

Obelisk kładzie się cieniem - poważny zwrot w serii o Flawii de Luce [recenzja]

Videograf
Następny

Zabij mnie, tato - Dardy udany romans z thrillerem [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz