KINO / DVD 

The Ridiculous 6 – Adam Sandler bawi się w western [recenzja]

Nie możecie się doczekać „Nienawistnej ósemki” i chcecie zobaczyć jak westernowe klimaty ogrywa Adam Sandler w „Żałosnej szóstce” (czy jak to tam w Polsce zatytułują)? Może lepiej sobie odpuśćcie…
Z całej tej niby-westernowej opowieści zapamiętujemy głównie miotającego gównem osła i scenę, w której Steve Zahn z mozołem wydłubuje sobie oko.

No, chyba, że należycie do najzacieklejszych wielbicieli Sandlera, których kładzie na ziemię praktycznie wszystko, co amerykański komik nakręci. W takim wypadku uznacie pewnie „The Ridiculous 6” za rzecz równie dobrą jak „Jack i Jill” albo „Duże dzieci”. Kto jednak nie kocha Sandlera miłością totalną, ten pewnie uzna jego najnowsze dzieło za stratę czasu – bo czymże jest garść autentycznie zabawnych scenek w komedii, która trwa blisko dwie godziny i lubuje się głównie w żenującym, niesmacznym humorze?

Tu słowo wyjaśnienia dla tych, którzy chcieliby od razu uznać, że recenzent się nie zna i zieje nienawiścią względem wszystkich „niesmacznych” komedii. To naprawdę nie tak: pamiętam jak sam oburzałem się kiedy recenzenci ś.p. Filmu czy Ekranu mieszali z błotem kolejne komedie Mela Brooksa, zarzucając im właśnie nadmiernie uwielbienie dla „kloacznego humoru”. Tyle, że u Brooksa za żartami o pierdzeniu i innych tego rodzaju atrakcjach stał jednak zazwyczaj jakiś porządny zamysł fabularny, a do tego zawsze można było liczyć na jakieś szalone popisy aktorskie – weźmy chociażby dekonstrukcję westernowych schematów, jakiej dokonał w „Płonących siodłach”, wyciskając jednocześnie wspaniałą rolę z Gene’a Wildera. Sandler być może chciałby zrobić tu coś podobnego – tyle, że nawet z najlepszych aktorów, takich jak Nick Nolte czy Harvey Keitel nikt tu niczego nie wyciska, a zamiast przemyślanej fabuły dostajemy tak naprawdę luźny zbiór skeczy powiązanych pretekstową historią (bohater Sandlera musi zdobyć 50 tysięcy dolarów, aby uratować życie swemu ojcu i zbiera w tym celu tytułową „żałosną szóstkę”, w skład której oprócz niego samego wchodzi jeszcze pięciu przybranych braci – każdy z innej matki i jeden głupszy od drugiego).

Efekt jest taki, że aktorsko z całej zasłużonej ekipy najlepiej wypada nieopierzony Taylor Lautner (dla niezorientowanych: ładnie umięśniony wilkołak z trylogii „Zmierzch”) grający wiecznie uśmiechniętego preriowego głupka i sprawiający wrażenie, jakby nie musiał się specjalnie dla tej kreacji wysilać, a z niby-westernowej opowieści o ojcu porwanym przez zbirów i jego sześciu synach z bardzo różnych matek zapamiętujemy głównie miotającego gównem osła i scenę, w której Steve Zahn z mozołem wydłubuje sobie oko. Jeśli taki układ Wam odpowiada – kupujcie popcorn i oglądajcie.

social_media_strategy111
Poprzedni

Jak zrobić portal internetowy - antyporadnik

bez grawitacji review
Następny

Bez grawitacji - Gitarowy powrót do lat 80. [recenzja]

Bartek Paszylk

Bartek Paszylk

Bartłomiej Paszylk jest autorem przekrojowej książki na temat kina grozy pt. „Leksykon filmowego horroru”, a także anglojęzycznej pozycji dotyczącej horrorów kultowych pt. „The Pleasure and Pain of Cult Horror Films”. Zajmował się również redagowaniem takich antologii grozy, jak: „City 1″, „City 2″ oraz „Najlepsze horrory A.D. 2012″.

Jego artykuły, recenzje i wywiady publikowano w popularnych czasopismach oraz portalach internetowych zarówno w Polsce, jak i zagranicą. Obecnie pełni funkcję redaktora magazynu Grabarz Polski i pisze teksty oraz recenzje dla Dzikiej Bandy, Nowej Fantastyki i Drivera.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz