KINO / DVD 

Trumbo – oscarowa rola Bryana Cranstona [recenzja]

„Trumbo” nie jest nominowany do Oscara w kategorii „najlepszy film”.  A szkoda, bo jest obrazem lepszym, niż pokrewny mu historycznie „Most szpiegów” Spielberga. Może chociaż nominowany do nagrody odtwórca tytułowej roli, zasłuży w oczach Akademii na statuetkę.
Dostajemy w wykonaniu Cranstona przenikliwy portret człowieka myślącego, któremu zależy przede wszystkim na utrzymaniu możliwości dialogu, bo kiedy taka możliwość znika, świat wokół staje się nagle bardzo nieprzyjaznym miejscem.

W sieci są  dwa plakaty do „Trumbo” i żaden z nich nie oddaje w pełni istoty filmu. Na jednym, takim od czapy, odtwarzający rolę scenarzysty Bryan Cranston stoi odstawiony na galowo, w towarzystwie dwóch pań odgrywających w filmie istotna rolę. W ręku trzyma pióro, w tle rozbłyskują reflektory i widać cienie palm. Drugi jest trochę bliższy rzeczywistości i idei filmu, utrzymany w ciemniejszych, brązowych odcieniach. Widzimy Daltona Trumbo siedzącego nad maszyną do pisania, zapatrzonego przed siebie, z papierosem w jednej dłoni i szklanką whisky w drugiej. Plakat dobry, ale najchętniej widziałbym taki, na którym scenarzysta siedzi – tak jak w początkowej scenie filmu – w wannie, z rozłożoną na jej bokach deseczką i z ustawioną na niej maszyną do pisania. Nagi, zapracowany i natchniony, wystukuje kolejne słowa. To chwile, kiedy nie można mu przeszkadzać, kiedy jest w szale pisania, kiedy potrafi nawet zwyzywać zawracającą  mu głowę córkę, a na pretensje żony i jej uwagę, że nawet pożar nie zdołałby go stąd ruszyć, przytomnie odpowiada – „Po co miałbym uciekać przed ogniem, skoro siedzę otoczony wodą?”. Ot cały Trumbo, bystry, błyskotliwy i przede wszystkim kierujący się zdrowym rozsądkiem.

„Trumbo” opowiada o losach wybitnego powieściopisarza i scenarzysty („Rzymskie wakacje”, „Spartacus”, „Trzydzieści sekund nad Tokio”), który w drugiej połowie lat czterdziestych ubiegłego wieku znalazł się w gronie tzw „Hollywoodzkiej Dziesiątki”, grupy filmowców oskarżonych i skazanych za prokomunistyczne sympatie i działalność. Z pewnością ciekawie jest zobaczyć, kto spośród artystycznej bohemy stał po czyjej stronie konfliktu i dowiedzieć się więcej o nieco już zapomnianej  historii Fabryki Snów (koleje życia i wybory dokonywane przez legendę kina, Edwarda G. Robinsona, czy kontrowersje wokół premiery „Spartacusa”). To, czego zazwyczaj brakuje i w „Trumbo”, i w innych filmach opowiadających o „czarnej liście Hollywood” , to pogłębione spojrzenie i wnikliwsza analiza postępowania tych, którzy stali po stronie „polujących na czarownice”, bo o ofiarach powiedziano już niemal wszystko. Filmów o tej tematyce powstało dziesiątki, Hollywood uwielbia rozprawiać się z własną, mroczną historią, tymczasem w przypadku „Trumbo”, różnicę robi właśnie postać pokrzywdzonego w tym konflikcie scenarzysty, zagranego tu koncertowo przez Bryana Cranstona.

Trumbo w jego wykonaniu nie jest typem bojownika i radykała, jest po prostu człowiekiem z takimi, a nie innymi poglądami, do których  stara się przekonywać innych w jak najbardziej pokojowy sposób. Emocje powojennych lat i prześladująca ludzkość wizja kolejnego, globalnego konfliktu sprawiają jednak, że ta strona działalności bohatera staje się znacznie istotniejsza od tej, w której się on spełnia. Trumbo jest bowiem przede wszystkim rzemieślnikiem słowa, najważniejsze jest dla niego pisanie – czasem nawet ważniejsze od życia i problemów własnej rodziny. Pierwszy raz widzimy go w przywołanej powyżej scenie z wanną, stukającego w maszynę i nawet jeśli ma się przez moment wrażenie, że Cranston „poleci” zaraz Heisenbergiem, to rozwiewa się ono nader szybko. Aktor gra inaczej, niż w „Breaking Bad”, szczególnie rewelacyjna jest jego mowa ciała – to portret lekko przygarbionego  intelektualisty, który nie stosuje ani fizycznej, ani słownej przemocy (no dobrze, czasem zdarza mu się, trochę nieświadomie, ranić słowami członków rodziny). Jego środkiem do porozumiewania się i odbierania świata wokół jest zdrowy rozsądek, który jednak okazuje się być na te czasy niewystarczającym narzędziem, a nawet rodzajem obciążenia. Owszem, w obliczu antykomunistycznej histerii i nagonki, zdroworozsądkowe myślenie i wierność swoim poglądom stają się dla bohatera moralną tarczą, chroniącą przed bezpardonowym atakiem, ale mogącą równie dobrze przygnieść ciężarem swojej słuszności. Taka postawa zaprowadza bohatera do więzienia i jest to w filmie najstosowniejszy moment, żeby wytworzyć wokół postaci scenarzysty otoczkę męczennika.

Na całe szczęście twórcy nie poszli tą drogą. Zresztą jakżeby mogli, skoro w jednej ze scen bohater wyznaje, że gardzi martyrologią. Trumbo jest bowiem niczym innym, jak integralną częścią Hollywood i nawet uwięziony, czy pozbawiony przez wiele lat możliwości pracy pod własnym nazwiskiem, nadal musi tworzyć scenariusze, nawet jeśli miałby je pisać dla szemranej wytwórni, specjalizującej się produkcji filmów klasy B. To swoją drogą znakomicie wykorzystany w filmie wątek i to z dużym, komediowym potencjałem. Mamy w nim okazję obserwować wybitnego twórcę i jego kolegów poświęcających swój czas na tworzenie scenariuszy do obrazów w rodzaju „Nympho Nun”, czy „Alien and The Farm Girl”.  I co więcej,  wcale nie narzekających na swój los. Na pytanie Trumbo, kto chciałby napisać scenariusz do filmu o gorylu, jego kolega rzeczowo odpowiada – „A któż by nie chciał?”.

Ta rzeczowość, błyskotliwa inteligencja i wrodzona elegancja, tworzą w filmie intrygujący portret majętnego twórcy z komunistycznymi przekonaniami – zjawisko i kiedyś, i dzisiaj wcale nie takie rzadkie. Bycie radykalnym jedynie w słowach ma mu zresztą za złe – być może w najważniejszej scenie filmu – inny scenarzysta, bardziej stanowczy w działaniach zdeklarowany komunista, Arlen Hird (jakże niespodziewany występ Louisa C.K.). W sporach, które Trumbo prowadzi zarówno ze swoim towarzyszem, jak i z przedstawicielami komisji do anty-amerykańskich działań, nie chodzi wcale o to, kto ma słuszną wizję świata, o trwanie w radykalnym idealizmie, czy o  wojowanie z systemem.  Scenarzysta domaga się najprostszego w cywilizowanym państwie, prawa do możliwości wyrażania własnego zdania i to nawet niekoniecznie na tematy polityczne. Dostajemy w wykonaniu Cranstona przenikliwy portret człowieka myślącego, któremu zależy przede wszystkim na utrzymaniu możliwości dialogu, bo kiedy taka możliwość znika, świat wokół staje się nagle bardzo nieprzyjaznym miejscem. Jak kończy się rozmowa przyjaciół, jednego mniej, drugiego bardziej radykalnego w swej życiowej postawie? „Zamknij sie, zgodzę się na wszystko, tylko nigdy więcej nie racz mnie taką gównianą gadką” – prosi Arlen Hird. Wzruszając ramionami, Trumbo rzuca za odchodzącym przyjacielem -„Tego nie mogę zagwarantować”. Cała piękno przesłania filmu, piękno postawy człowieka myślącego, zawiera się w tej jednej, jakże prostej w przekazie kwestii.

Egmont
Poprzedni

Batman. Detective Comics #5: Gothopia - O nietoperzu zbyt zachowawczo [recenzja]

Simon Bisley DB
Następny

Simon Bisley - mieszanka petardy i dynamitu [galeria NSFW]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz