KINO / DVD 

Urge – impreza w oparach absurdu [recenzja]

Ileż to już razy widzieliśmy w kinie ten schemat – grupka przyjaciół wyjeżdża razem w odosobnione miejsce, by po suto zakrapianych zabawach ni stąd ni zowąd stać się zwierzyną łowną. Debiutujący na dużym ekranie Aaron Kaufman traktuje podobną kliszę co prawda zaledwie jako punkt wyjścia dla swojego thrillera, nie zmienia to jednak faktu, że „Urge” filmem interesującym nie jest.
Pomijając już nawet miałkość fabuły przy jej dosłownym rozumieniu, dzieło Kaufmana nie sprawdza się też w roli społecznego komentarza.

Jako słowo się rzekło, film opowiada o grupie licealnych przyjaciół, którzy po latach rozłąki postanawiają zaliczyć imprezę życia. W tym celu jeden z nich – teraz będący magnatem technologicznym – wynajmuje rezydencję w elitarnym kurorcie, umiejscowionym na odciętej od świata wyspie. Wkrótce nasza radosna grupka trafi do lokalnego klubu nocnego, gdzie w celu wzmocnienia wrażeń podaje się tajemniczy, eksperymentalny narkotyk – tytułowe „ Urge”. Jak się okazuje, nie bez powodu, bo impreza kończy się świetnie – i tu następuje problem numer jeden, bo Urge, w myśl panujących w klubie zasad, można zażyć tylko raz w życiu. Oczywiście bohaterowie wykombinują w końcu jak zdobyć (nie tylko dla siebie)  drugą dawkę specyfiku i po jej wykorzystaniu napotkają problem numer dwa. Szybko okaże się bowiem, że po kolejnym wystrzałowym wieczorze świat nagle stanął na głowie, a z ludzi zaczynają wychodzić najgorsze, zwierzęce instynkty. Cała wyspa momentalnie pogrąża się w chaosie, a zmagający się z własnymi demonami przedawkowania bohaterowie, postanawiają odnaleźć drogę ucieczki na kontynent.

Zanim Aaron Kaufman zabrał się za „Urge”, na koncie miał zaledwie jeden film krótkometrażowy. Nie zawsze jest to wyznacznikiem jakości pełnometrażowego debiutu – jednak w przypadku „Urge”, brak doświadczenia czuć ze zdwojoną mocą przez całą długość seansu, bo jego scenariusz również dałoby się bez większych strat do takiej formy skompresować. Pół biedy jeszcze, jeśli chodzi o sam pomysł wyjściowy. W tym wypadku, inwencji twórczej zabrakło na jego interesujące rozwinięcie.

Już pierwsza część filmu nie napawa optymizmem. Na wstępie dostajemy wyjątkowo słabo poprowadzoną ekspozycję bohaterów, którzy bez wyjątku zdają się przerysowani do granic i zwyczajnie antypatyczni. Dość powiedzieć, że pierwsze skrzypce w „Urge” gra bohater Justina Chatwina, niejaki Jason (który jest w zasadzie kalką jego Jimmy’ego/Steve’a z „Shameless”) – gość tak wyluzowany, że nawet zażycie tytułowego narkotyku nie wpływa na jego postrzeganie świata. Reszta postaci (za wyjątkiem pojawiającego się później, szarżującego, ale i bawiącego się rolą tajemniczego i całkiem dosłownie diabelskiego właściciela nocnego klubu, Brosnana) również zachowuje się tak, jakby i bez wspomagaczy miała poważne problemy z psychiką.

Kiepski początek to ledwie przystawka przed daniem głównym. Epicentrum fabularnych dziur  i absurdalnych pomysłów zaczyna się tak naprawdę w momencie kiedy grupka trafia w końcu na podlaną sosem noir imprezę – gdzie z braku lepszych pomysłów film raczy nas kilkuminutowymi wypełniaczami w postaci artystycznych wygibasów w slow motion. Krajobraz po zabawie, kiedy świat pogrąża się odmętach szaleństwa i  bezmyślnej brutalności nie wygląda wiele lepiej i choć film miewa momenty w których przebijają się echa Cronenbergowskiej fascynacji cielesnością, nigdy nie łamie wyznaczonych przez mainstream standardów – w efekcie czego z ekranu wieje nudą.

Ciężko określić, co chciał światu przekazać Kaufman tworząc „Urge”. Pomijając już nawet miałkość fabuły przy jej dosłownym rozumieniu, jego dzieło nie sprawdza się też w roli społecznego komentarza – bo obserwacje jakie ma do zaoferowania (tak naprawdę jesteśmy targanymi pierwotnymi popędami zwierzętami) to w kinie nic nowego. Jeśli dodać do tego banalną w swojej wymowie scenę po napisach (ktoś tu naprawdę liczył na kontynuację?) razem powoduje to, że półtorej godziny jakie trwa „Urge”, jest czasem zmarnowanym – no chyba, że ma się ochotę sprawdzić, jak nie powinno się kręcić filmów.

J.P.Fantastica
Poprzedni

Drifters tom 1 - Hannibal Barkas kontra Joanna D’Arc [recenzja]

Czarna Owca
Następny

Miasto Gniewu – dramat widziany oczyma jednostek [recenzja]

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski

Urodzony w 1987 roku w Środzie Wielkopolskiej. Z wykształcenia magister Administracji, choć zawodowo związany z branżą logistyczną. Z usposobienia choleryk-melancholik. Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i miodowego Jacka Danielsa. Pisze od 2011 roku, głównie opowiadania z szeroko pojętego nurtu fantastyki i publicystykę.

Publikował w "Nowej Fantastyce", a także w serwisach "Horror Online", "Szortal" (audiobook "Reguła Rothmana"), "Niedobre Literki" i "film.org.pl". Kilkukrotnie wyróżniony w konkursach na opowiadania organizowanych przez portal "Nowej Fantastyki". Z "Dziką Bandą" związany od października 2015 roku.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz