KINO / DVD 

Victor Frankenstein – Harry Potter z garbem [recenzja]

Opowieść o Victorze Frankensteinie i jego szalonych eksperymentach snuta z perspektywy służącego Igora, miała tchnąć (nomen omen) życie w legendarną historię. Szkoda, że energii starczyło tu tylko na kwadrans.

To mogło się udać. Paul McGuigan to sprawny wyrobnik, który zna się na kinie gatunkowym. Pomysł wyjściowy na film był prosty, może i mało oryginalny (bo przecież widzieliśmy już podobne zabawy choćby w „Mary Reilly”), ale z potencjałem. Scenarzysta obiecujący, bo Max Landis, czyli syn Johna Landisa. No i obsada. James McAvoy nie raz już udowadniał, że potrafi udźwignąć grą nawet skopany scenariusz. A Radcliffe od kilku lat coraz lepiej radzi sobie ze zrywaniem łatki Harry’ego Pottera. Niestety choć wszystkie elementy się tu zgadzały – w puencie powstał film, który tak naprawdę trudno obejrzeć do końca.

Ale zaczyna się kapitalnie. Oto w cyrku od urodzenia pracuje bezimienny garbus. Odkąd sięga pamięcią pracował, jako klaun. A cała ekipa cyrkowa traktowała go jak popychadło. Aż do czasu. Kiedy na scenie zdarzy się wypadek, nasz garbus udowodni, iż posiada talenty, o jakie nikt go nie podejrzewał. Zachwycony medyczną wiedzą garbusa, Victor Frankenstein, zaproponuje mu pracę.

Wprowadzenie postaci Igora i zawiązanie akcji zrealizowane jest tu mistrzowsko. McGuigan z jednej strony bawi się tu narracją rodem z „Sherlocka Holmesa” Guy’a Ritchego (mało kto pamięta, że obaj zaczynali w tym samym momencie i obaj wnieśli do brytyjskiego kina montażowe szaleństwo), z drugiej świetnie tworzy zapyziały cyrkowy klimat. Niestety, kiedy tylko akcja przenosi się z cyrku do Londynu film traci swój rozpęd i energię, zamieniając się w kolejną sztampową opowieść o szalonym naukowcy, który rzucił wyzwanie Bogu.

Niestety najmocniej zawodzi tu scenariusz Landisa, ogranicza się on, bowiem do powielania schematów. Dlatego też postać Igora nagle staje się tu zupełnie zbędna – niczego nie wnosi do historii, a co więcej nieuczciwie sugeruje, że twórcom zależało na innowacyjnym podejściu do opowieści spisanej przez Mary Shelley. Nie zależało. Igor to tylko chwyt marketingowy, maskujący film pozbawiony pomysłu. Szkoda – bo jakoś wierzyłem, że to mogło się udać. Gdyby tylko chłopakom nie zabrakło wyobraźni i odwagi.

Pulp Covers 2 DB
Poprzedni

Pulpowe okładki #2 [galeria]

Hulu
Następny

11.22.63 - sentymentalny Stephen King [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz