KINO / DVD 

W głowie się nie mieści – Koniec naiwności [recenzja]

W życiu każdego człowieka przychodzi taki czas, by pożegnać się z dziecięcą naiwnością i absolutną beztroską. Nagrodzone Oscarem „W głowie się nie mieści” to film, który bierze się za bary z tą tematyką i skruszy nawet najbardziej zlodowaciałe serca.
„W głowie się nie mieści” to obraz poświęcony akceptacji. Akceptacji tego, że życie bywa do dupy, że czasem trzeba przełknąć pigułę goryczy i przyjąć kilka niewesołych emocji, zamiast je wypierać.

Potęgę i jakość filmów Pixara mierzę ilością scen, które wyciskają łzy albo doprowadzają do oczyszczającej radości. Ostatnio bywało z tym krucho. „Merida Waleczna” jako tako dawała radę, ale nic ponadto. Żadnych wzruszeń, ot prosta, bezpretensjonalna historyjka o docieraniu się matki i córki. I trochę ładnych widoczków. „Auta 2” prawdopodobnie spowodowały kilka ataków epilepsji – i są to najżywsze reakcje, o jakich słyszałem. „Uniwersytet potworny” dawał trochę radochy, jako niezobowiązująca kumpelska komedia wprost z amerykańskiego college’u. Widzowie zaczęli wątpić, czy studio jeszcze potrafi stworzyć film równy dziełom, które wywindowały je na szczyt. W końcu – ile można utrzymywać równą formę?

Tymczasem „W głowie się nie mieści” pokazuje, że Pixar wciąż potrafi czarować.

Film zabiera nas w podróż do wnętrza umysłu nastolatki, Riley. Dziewczyna, dotąd tryskająca dobrym humorem i energią wystarczającą, by obdarzyć całą rodzinę – zaczyna popadać w smutek i marazm. Wszystko za sprawą przeprowadzki, na jaką zdecydowali się rodzice. Całość okazuje się jednak jedynie zewnętrznym objawem zmian, jakie zachodzą w głowie Riley.

Za nastroje dziewczynki odpowiada pięć emocji – Radość, Smutek, Gniew, Strach i Odraza. Pięć szalonych ludzików, przypominających postacie z gier Nintendo (właściwie to Gniewowi jest najbliżej do Super Meat Boya, ale twórcy raczej nie zakładali takiej analogii) wpływa swoimi akcjami na zachowania Riley. Do niedawna wszystko działało jak w zegarku, całością zawiadywała energiczna Radość. Dbała o nieustające dobre samopoczucie dziewczynki, o szybkie zażegnywanie kryzysów. Coś jednak zaczęło się psuć, a do głosu doszły gorzkie chwile – coś, z czym Radości ciężko się pogodzić. W dodatku z pokładu zniknęła Smutek oraz jedno z najważniejszych wspomnień Riley. Chcąc nie chcąc, Radość wyrusza w podróż, przez krainę dojrzewającej psychiki…

W głowie sie 2

Szalona wyobraźnia twórców zaiskrzyła z dawno niewidzianą mocą. Feeria barw i ogólna plastyka świata emocji oszałamiają. Pixar zaprezentował lunapark rodem z nieskrępowanych ograniczeniami dziecięcych snów i rysunków, dopieszczony mocą współczesnych komputerów. Z pozornego słodko-gorzkiego chaosu wyłania się jednak konstrukcja, nad którą najtęższe umysły współczesnej psychologii powinny pokiwać z uznaniem.

„W głowie się nie mieści” to obraz poświęcony akceptacji. Akceptacji tego, że życie bywa do dupy, że czasem trzeba przełknąć pigułę goryczy i przyjąć kilka niewesołych emocji, zamiast je wypierać. Jakże różni się to od natchnionego coachingiem modelu zachowań, forsowanego gdzie popadnie. Mechanizm pięknie zobrazowano z pomocą Radości, która wszystko próbuje załatwić z „uśmiechem i do przodu”, czym rozbija się o wiele sytuacji. Czasem po prostu się nie da.

W tle rozgrywa się także zgrabnie pociągnięte komediowym sznytem życie rodzinne, przetykane problemami wynikającymi z przeprowadzki. Ojciec zasuwa do pracy po godzinach, matka nie wyrabia, a córka nie potrafi się w tym wszystkim odnaleźć. Słodko-gorzki obrazek oraz historię o emocjach spina ciepły, niewymuszony humor, czasem spokojny i wyciszony, kiedy indziej szarżujący jak rozpędzona wyścigówa – zawsze jednak subtelny i na poziomie. Żarty dalekie są od fizjologii i nawiązań tylko dla dorosłych. Dzięki temu efekt katharsis, jaki zapewniają po chwilach smutku, działa jeszcze mocniej.
W efekcie otrzymaliśmy obraz mądry, efektowny, zabawny i poruszający nawet największych twardzieli. Film kopie z siłą, jakiej Pixar nie przejawiał od czasu „Toy Story 3”. Podobnie zresztą, jak przygody zabawek Andy’ego, opowiada o rozstaniu z pewną formą naiwności, z dziecięcym poczuciem bezpieczeństwa.

I trafia w samo serce.

hail-caesar
Poprzedni

Noirowy Chrystus kontra komuniści

Waneko
Następny

Gangsta tom 1 - manga z ogromnym potencjałem [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz