KINO / DVD 

Wstrząs – o szkodliwości sportu [recenzja]

„Wstrząs” to słuszny film ze słuszną tezą. I Will Smith grający głównego bohatera też jest słuszny. W tym zalewie słuszności twórcy „Wstrząsu” zapomnieli o najważniejszym – ludziach z krwi i kości i życiowej prawdzie. A bez tego, nawet jeśli opowiada się prawdziwą historię, trudno zmusić widza do zaangażowania.

Peter Landesman, pisarz, dziennikarz i reżyser w swoim drugim po „Parkland” filmie znów mierzy się z amerykańskim mitem. W debiucie opowiadał o zamachu na JFK, tu snuje opowieść o pewnym patalogu, który odkrył iż amerykański futbol ma tragiczny wpływ na zdrowie graczy. Tyle, że podobnie jak w debiucie – Landersman znów w pewnym momencie odpuszcza opowiadanie o ludziach, a mocno stawia na tezę. Ze szkodą dla filmu i historii. Ale po kolei.

Pewnego dnia doktor Bennet Omalu bada zwłoki tragicznie zmarłego byłego futbolisty. Ponieważ nikt tak naprawdę nie zna przyczyn śmierci byłego sportowca Omalu zaczyna szukać. Aż w końcu odkrywa coś co może zmienić na zawsze oblicze amerykańskiej świętości – futbolu. Otóż okazuje się, że w wyniku wstrząsów jakimi poddani są podczas meczów zawodnicy ich mózgi doznają uszkodzenia. Po latach owo uszkodzenie sprawia, że panowie przestają nad sobą panować, a ich życie kończy się samobójstwem.

Kolejne przypadki tajemniczych zgonów sportowców potwierdzają teorię Omalu. Niestety korporacje, które odpowiadają za miliardy dolarów jakie przepływają przez futbol nie chcą dopuścić do publikacji wyników badań. Omalu z garstką przyjaciół staje do nierównej walki z gigantami.

Historia patologa i jego badania nad wstrząsami, które uszkadzają mózg graczy to prawda. Po latach walki, futbolowy zarząd uznał wyniki, a Omalu wygrał. Zanim do tego doszło doktor – emigrant (z Nigerii) przeżył piekiełko na ziemi. (FBI prowadziło dochodzenia, byli śledzeni itp.) Jest zatem „Wstrząs” kolejnym filmem o walce z korporacyjną Ameryką i opowieścią o tym, że mimo wszystko prawda wygrywa. Słuszna teza i słuszny film. Szkoda tylko, że niebywale schematyczny i prosty. Peter Landesman nie próbuje tu bawić się w półtony. Świat u niego podzielony jest grubą kreską na dobrych i złych. I to irytuje. Ta łatwość w ukazaniu i ocenianiu Ameryki, połączona jest, co najgorsze, z patosem w monologach bohaterów. W natłoku powstałych ostatnio rozliczeniowych filmów („Spotlight”, „Kill the Messenger”, „Foxcatcher”) „Wstrząs” niestety jest najsłabszy. Nie dość, że konstrukcyjnie powiela patenty, które znamy od lat, to pozwala bohaterom wypowiadać słowa, jakich ludzie zazwyczaj nie wypowiadają. Szkoda.

A&E
Poprzedni

Damien - diabeł z plastiku [recenzja]

Sisters_-_Plakat
Następny

Siostry - prywatka jakiej nie przeżył nikt [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz