KINO / DVD 

X-Men: Apocalypse – solidny blockbuster z polskimi akcentami [recenzja]

Zagraniczni recenzenci zdążyli już w większości krytycznie ocenić nowy film o marvelowskich mutantach. Jeśli jednak lubicie serię o X-Men, jej nowa odsłona nie powinna was rozczarować.
To co dobre i prawdziwie angażujące w nowym filmie Singera, to bardzo solidna, szczegółowa ekspozycja, przybliżająca nam nowych bohaterów i dalsze losy tych starszych.

Wygląda na to, że polskim widzom fabułę „X-Men: Apocalypse” przysłonią zapewne pojawiające się w filmie i to w naprawdę sporej dawce czasu ekranowego – polskie akcenty (czekamy na memy!). Magneto w Prószkowie? Tego chyba nikt się nie spodziewał. Ale zaraz, Prószków, czy Pruszków? Nieważne. Istotne, bardzo zabawne, ale i w jakiś sposób krzepiące jest, usłyszeć na kinowej sali i to płynące prosto z amerykańskiego blockbustera, dialogi w polskim języku. Pamiętamy z poprzedniej części, że po rozróbie w Waszyngtonie Magneto po prostu odleciał gdzieś w siną dal. Okazuje się, że zadekował się w Polsce, założył rodzinę i przybrał swojsko brzmiące imię – Henryk. Jest zatem z czego się cieszyć, choć dla jednego z najpotężniejszych mutantów dziesięcioletnia sielanka (w czasach PRL-u?) właśnie dobiega końca.

Wszystko za sprawą przywróconego do życia najstarszego i jak się okazuje najwyraźniej najpotężniejszego mutanta na świecie. O jego przeszłości więcej dowiadujemy się z krótkiego, intensywnego prologu, rozgrywającego się kilka tysięcy lat temu, w starożytnym Egipcie, a potem, pędząc przez wieki wraz ze świetną czołówką filmu, trafiamy prosto do 1983 roku. Trochę się tu zmieniło od ostatniego razu. Szkoła mutantów działa w najlepsze, przewija się przez nią sporo uczniów. Raven, znana też jako Mystique nadal pozostaje w ukryciu, a po wydarzeniach w Waszyngtonie jest idolką i wzorem do naśladowania dla młodych mutantów. A poza tym powracają, w wykonaniu innych, młodych aktorów postacie znane z pierwszej serii o X-Men. Cyclops, Angel, Storm, Nightcrawler i Jean Grey i są to udane występy (czego nieco obawiałem się zwłaszcza w przypadku znanej z „Gry o Tron” Sophie Turner – niepotrzebnie). Jest jeszcze nie odzywająca się zbyt wiele, ale bardzo przekonująca (no i obłędnie się prezentująca) w roli Psylocke – Olivia Munn. No i ponownie Quicksilver – który znów ma najlepszą scenę w filmie, tym razem przy muzyce duetu Eurythmics. Część z wymienionych mutantów stanie murem za Charlesem Xavierem, a część podąży za wezwaniem Apocalypse’a. Dzięki temu otrzymamy oczywiście mega nawalankę, w której ludzkie życia w zasadzie nie będą się liczyć.

To chyba największa niespodzianka nowego filmu o X-Men. Pamiętacie kontrowersje wokół walki Supermana z Generałem Zodem w „Człowieku ze Stali”? Tutaj mamy powtórkę – gdzieś tam giną setki ludzi i najwyraźniej mało kogo na ekranie to obchodzi. Nie uświadczymy scen, w których Batman biegnie na pomoc przygniecionej kamiennym blokiem dziewczynce, chociaż… na odruch serca decyduje się we wstępie Magneto, a im dalej w las, tym bardziej ludzie stają się jedynie bezwolnymi statystami w megaspektaklu. Takie postawienie sprawy bardzo mnie cieszy i dobrze oddaje moje oczekiwania od filmu o superbohaterach, które najpierw rozbudził, a potem szybko rozwiał „Batman v Superman”. Chodzi o pokazanie prawdziwej potęgi i realnych konsekwencji z używania wielkich, mogących nieść śmierć mocy. Oscar Isaac w roli Apocalypse jest tu przeciwieństwem poświęcającego się służbie dla dobra ludzi Supermana. Nie odczuwa empatii, chce jedynie zaprowadzić na Ziemi nowy ład, urządzając najpierw na planecie spektakularną zagładę. Jest głuchy na argumenty innych, podąża konsekwentnie wytyczoną przez siebie ścieżką. Niby łotr doskonały, choć nie do końca, bo ta przesada, monumentalność i nadludzkość czasem sama z siebie obraca się przeciwko tej kreacji,  zresztą tak samo dzieje się w przypadku Supermana. No i ten, chyba nie do końca przemyślany wygląd najpotężniejszego mutanta…

To co dobre i prawdziwie angażujące w nowym filmie Singera, to bardzo solidna, szczegółowa ekspozycja, przybliżająca nam nowych bohaterów i dalsze losy tych starszych. Odbywa się ona płynnie, raczej nieśpiesznie i bardzo sprawnie łączy poszczególne wątki (zahaczając też o krótki, intensywny występ Wolverine’a, a nawet  pozwalając na autotematyczne żarty na temat jakości trzecich części filmowych cyklów). A jednak struktura całości nieco wytrąca z rytmu, bo po przywołanej, bardzo wydłużonej ekspozycji czeka nas już właściwie finał. A zatem, pod względem samej struktury fabuły, filmy (nie wszystkie) z Marvel Cinematic Universe wciąż stoją wyżej od tych z konkurencyjnych studiów. Seria o X-Men zawsze miała jednak w sobie to coś – wyraziście zaprezentowany, angażujący konflikt i podzielonych nim, szczerze wierzących w wyznawane przez siebie idee bohaterów. W najnowszym filmie zebrano ich naprawdę wielu i tym samym ów konflikt wybrzmiał i spektakularnie, i przekonująco. A także komiksowo – ale pamiętajmy, nie w powszechnym, nie wiem czemu odbieranym jako pejoratywne znaczeniu tego słowa. „X-Men: Apocalypse” jest jak jeden z tych naprawdę porządnych komiksów o mutantach, napisanych z werwą przez niezłych scenarzystów. Jak na razie, dla mnie to najprzyjemniejszy seans superbohaterski w tym roku. I być może ponownie, tak jak to było w przypadku „Kapitana Ameryki: Wojny bohaterów„, będę osamotniony w odczuciach.

Albatros
Poprzedni

Igrając z ogniem - Tess Gerritsen [patronat]

Albatros
Następny

Nocny film - wymagająca gra z czytelnikiem [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz