SERIALE 

11.22.63 – sentymentalny Stephen King [recenzja]

„11.22.63”, czyli serialowa wersja powieści „Dallas ‘63” to najlepsza adaptacja prozy Stephena Kinga od lat.

„Dallas ‘63” to powieść specyficzna, bo niebywale sentymentalna. Powstała w chwili kiedy Ameryka walczyła z pierwszą falą finansowego kryzysu i trudno nie odczytać jej jako tęsknoty za lepszymi czasami. Za Ameryką, która nie straciła niewinności. Ameryką, w której shake i hamburger kosztował centy, każdego było stać na samochód, dom z ogródkiem i wakacje nad oceanem. Ameryką, której jeszcze nie przejęły korporacje i banki. Ameryką, w której ludziom żyło się dobrze i godnie. Nie jest tajemnicą, że data zamachu na JFK to w historii Ameryki moment symboliczny. Chwila, w której kraj właśnie stracił ową niewinność. Cztery lata później zacznie się kontrkulturowa rewolucja, po niej afera Watergate. Stany Zjednoczone staną się innym, zbrukanym krajem.

King w swoim sentymentalnym dziele, za pomocą tajemniczego portalu, wysłał współczesnego nam nauczyciela, do Stanów z roku 1960. Nasz bohater cofnął się w czasie nie bez powodu. Ma uniemożliwić zamach na prezydenta Kennedy’ego ratując przy tym niewinność ukochanego kraju. Jake (w serialu grany przez Jamesa Franco) zachłyśnie się dawną Ameryką, odnajdując w niej miłość i sens życia.

„Dallas ‘63” to prosta, nawet bardzo prosta, powieść. Ponieważ King od lat nie miał szczęścia do adaptacji, prostota „Dallas ‘63” nie musiała zwiastować sukcesu. Proste historie bowiem zepsuć nad wyraz łatwo. Dlatego też – po całej serii filmowych i serialowych, ponurych rozczarowań – wcale nie paliłem się do oglądania „11.22.63”. Mimo iż reżyser pilota to sprawny twórca (Kevin Macdonald ma na koncie „Ostatniego króla Szkocji” czy dokument „Marley”). Mimo że James Franco, kiedy chce bywa naprawdę porywający. Zwyczajnie bałem się, że naiwna magia powieści Kinga, na ekranie zamieni się w watę cukrową. I tu niespodzianka. Bo choć oczywiście „11.22.63” jest cukierkowe i słodkie, to daleko mu do banału. Macdonald również ograniczył się tu w gloryfikacji dawnej Ameryki. Ona jest, owszem. Genialnie zrekonstruowana, wymyślona, ale nie czuje się tu kiczu. Przeciwnie – radość, jaką dała twórcom zabawa z przeszłością.

Po wielu wtopach i nieudanych produkcjach proza Kinga nareszcie na ekranie błyszczy. Dialogi nie irytują, a bawią, podobnie jak lapsusy i błędy, jakie popełnia podróżnik, a polityka skrywa się gdzieś na trzecim planie. Na pierwszym zaś mamy Stany Zjednoczone, których już nie ma. Pokazane z czułością, ale bez emocjonalnego szantażu. Kawał dobrej rozrywki po prostu.

Imperial CinePix
Poprzedni

Victor Frankenstein - Harry Potter z garbem [recenzja]

die-hard-with-a-vengeance-bruce-willis-samuel-l-jackson
Następny

Budka telefoniczna - czyli o świecie, którego nie ma

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

Brak komentarzy

Dodaj komentarz