SERIALE 

Angie Tribeca – tak głupie, że aż głębokie [recenzja]

Filmowe parodie w stylu „Nagiej Broni” czy „Strasznego filmu” jakoś ostatnio poznikały z kin. Kto tęsknił za takim typem humoru, niech bierze się za oglądanie „Angie Tribeci”.
„Angie Tribeca” kpiąc ze schematów policyjnych opowieści, bardziej niż śmieszna chce być głupia i w ten sposób przekracza jakąś magiczną granicę.

W latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku, filmy spółki Zucker/Abrahams w rodzaju „Czy leci z nami pilot” i „Spokojnie, to tylko awaria” pozwalały na całkowite oderwanie się od rzeczywistości – szczególnie jeśli miało się wówczas dziesięć lat z haczykiem i żyło w przaśnej Polsce. Kiedy byłem trochę starszy, „Hot shots” już tak nie bawiło, zwłaszcza jeśli równocześnie poznawało się, dajmy na to, dokonania grupy Monty Pythona.  A jednak czasem łapię się na tym, że gdy w telewizji leci dajmy na to „Straszny film”, uznaję, że zerknę tylko na chwilę i chwila ta urasta nagle do trzydziestu minut. To tak naprawdę moja tolerancja czasowa dla tego typu produkcji, po półgodzinie czuję się na poły na haju, na poły wymęczony i odpadam. Odcinki „Angie Tribeci” trwają po dwadzieścia jeden minut, czyli w sam raz, żeby dawkować je sobie przykładowo po jednym dziennie i nie mieć poczucia zmarnowanego czasu. Co zatem stało się takiego, że obejrzałem ich pięć pod rząd i wciąż nie miałem dosyć?

Może właśnie ów typ humoru sprawdza się lepiej w mniejszych  fabularnie porcjach? Serial opowiada o parze detektywów, tytułowej Angie i jej nowym partnerze Jay’u. Każdy odcinek serialu przedstawia inną historię związaną z kolejnym dochodzeniem policjantów (samobójstwa piekarzy, zabójstwo brzuchomówcy i rożne takie), a fabuła szybko zmierza od gagu do gagu w stronę każdorazowo absurdalnej puenty, tak że nie mamy nawet czasu się zniechęcić. A nawet więcej – po każdym epizodzie zastanawiamy się, czy da się jeszcze raz wymyślić coś równie głupiego, czy  może jeszcze  głupszego i powodowani ciekawością odpalamy następny odcinek. Dodatkową zachętą są jeszcze stałe, cykliczne elementy, acz we własnym obrębie zmienne (coś jak dmuchanie przez Gonzo w trąbkę pod koniec czołówki „Muppet Show”), tutaj doprowadzone do granic absurdu. No i dochodzi jeszcze totalne rozsadzenie struktur policyjnego kryminału, wykraczające daleko poza obszar gatunku. Jakby twórcy (serial wymyślił Steve Carell z żoną) zmówili się i postanowili rozbić wszelkie struktury: parodii, komedii, filmu, języka i rzeczywistości. Bo rzecz w tym, że „Angie Tribeca” kpiąc ze schematów policyjnych opowieści, bardziej niż śmieszna chce być głupia i w ten sposób przekracza jakąś magiczną granicę. Serial jest bowiem tak beznadziejnie głupi, że pozwala czerpać z tego realną przyjemność, a momentami przynosi nawet filozoficzną refleksję. Jaką? Choćby taką, że musimy być naprawdę zadziwiającym gatunkiem, skoro jesteśmy w stanie stworzyć coś tak totalnie idiotycznego i to przeznaczając na to masę pieniędzy. Czyli co, „Angie Tribeca” jest niczym innym, jak pochwałą głupoty?

Najciekawszy niech będzie fakt, że ta intencjonalna głupota przyciągnęła do serialu prawdziwe gwiazdy, które ze swoich występów wydają się czerpać wyjątkową przyjemność. Bardzo przekonująco wypada jako „stuprocentowa” policjantka tytułowa bohaterka, czyli widywana ostatnio w „Parkach i rekreacjach” Rashida Jones. Ale obok niej, gościnnie pojawiają między innymi James Franco, Bill Murray, Lisa Cudrow i Alfred Molina (ten ostatni w wyjątkowo durnej roli). Co ich skłoniło do zagrania w tej produkcji? Oprócz aktorskich gaż, możliwość zrobienia z siebie idiotów i to całkowicie bezkarnie? A właściwie dlaczego nie, skoro w „Angie Tribece” aktorzy mogą pozwolić sobie na wszystko. Mogą nagle zacząć śpiewać bez sensu, pogrążyć się w idiotycznych wspomnieniach albo zaserwować przeciągnięty gag, który koniec końców może nawet nie mieć puenty. Słowem, anarchia. Ale któż z nas, nie chciałby choć przez chwilę poczuć się jak  prawdziwy, rozsadzający porządek całego świata anarchista? „Angie Tribeca” po prostu daje nam tego uczucia namiastkę.

 

 

 

darktower
Poprzedni

Mroczna Wieża w telewizji - czyli zapowiedzi seriali na podstawie książek

MAG
Następny

Upadek Hyperiona - genialna space opera Dana Simmonsa [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz