SERIALE 

Animal Kingdom – z życia przestępczej rodziny [recenzja]

„Animal Kingdom” to kolejny serial powstały na bazie materiału filmowego. Australijski pierwowzór kilka lat temu zebrał bardzo dobre opinie, jego telewizyjna wersja również robi niezłe wrażenie.
W „Animal Kingdom” momentami odnosi się wrażenie, że oglądamy reality show z życia przestępczej, dysfunkcyjnej rodziny.

Amerykanie od zawsze byli łasi na wymyślone poza ich krajem fabuły. Nowe wersje zagranicznych hitów, zarówno filmowych i serialowych to już ich specjalność, choć efekty bywają różnorodne. Oryginalny „Animal Kingdom” na pewno niesie ze sobą atrakcyjny, fabularny potencjał, który w rękach zaradnych telewizyjnych twórców mógłby przemienić się we wciągającą, rozbudowaną historię. Rzecz jasna, dla niektórych to zawsze będzie rodzaj zbrodni na oryginale, zwłaszcza w tym przypadku niezwykle skondensowanym w treści, nietuzinkowym formalnie i tak znakomicie oddającym konotacje tytułu. W telewizyjnej wersji trzeba oczywiście coś dosztukować, pozmieniać i rozciągnąć, aby mieć materiał na serial. I tym samym telewizyjna produkcja, choć nadal opowiada tę samą historię, to jednak skupia się na jej innych aspektach.

Najwięcej wspólnego z pierwowzorem ma na pewno odcinek pilotowy, w wielu momentach po prostu powtarzający sceny z australijskiego filmu. Zaczyna się od śmierci matki młodego, głównego bohatera, śmierci w której dostajemy niemal zero dramatyzmu – ot kolejna ćpunka przedawkowała i  leży na kanapie, obok siedzącego bez ruchu syna. Josh wkrótce po tym wydarzeniu telefonuje do swojej babki, z którą matka chłopaka przez dziesięć lat nie utrzymywała rodzinnych stosunków. Babcia przyjeżdża i zabiera chłopca do swojego domu, w której niemal stałymi lokatorami są jej  bardzo swobodnie zachowujący się synowie. W obu wersjach wujkowie Josha zajmują się przestępczym fachem i stopniowo wciągają chłopaka w swe przedsięwzięcia. Natomiast co do kluczowej postaci obu produkcji, czyli będącej głową rodziny Janine Cody, z pewnością w serialu jej rola została bardziej wyeksponowana. W filmie, nominowana za tę rolę do Oscara Jackie Weaver stała gdzieś w tle, dyskretnie pociągając za emocjonalne najczęściej sznurki, w serialu zaś odtwarzająca złowrogą mamuśkę (i również nazywana tu obrazowo Smerfetką) Ellen Barkin jest niekwestionowanym, inteligentnym i pomysłowym przywódcą i z odcinka na odcinek dowiadujemy się coraz lepiej, do czego jest zdolna, byle tylko zachować kontrolę nad niejednokrotnie próbującymi wyrwać się spod jej wszechmogącego wpływu synami.

Problem w tym, że całkiem niedawno widzieliśmy w innym serialu dokładnie taką samą postać – chodzi oczywiście o Gemmę z „Synów Anarchii” i stąd bierze się wrażenie pewnej wtórności podczas oglądania telewizyjnego „Animal Kingdom”. Poza tym, serial jest w równym stopniu intrygujący, co odpychający. Oczywiście uwielbiamy oglądać w akcji niepokornych antybohaterów, z tymże w „Synach Anarchii” było jeszcze coś ponad to. Raz, szekspirowskie podteksty, dwa, coś więcej poza wypływającą z ekranu brutalnością – trochę miłości, trochę poświęcenia, i trochę – nawet niech będzie, że podeptanych – ale wciąż ideałów.

W „Animal Kingdom” dostajemy w zamian „uroki” przestępczego życia, sieć kłamstw i kontrolę myloną z miłością. Momentami aż odnosi się wrażenie, że oglądamy jakieś reality show z życia przestępczej, dysfunkcyjnej rodziny, w czym jeszcze „pomaga” postać małomównego, tłumiącego emocje i tym bardziej przez to prawdziwego (a przy tym jakże innego od charyzmatycznego Jaxa z „Synów Anarchii”) Josha. To on powinien być rodzajem światełka w tunelu w tym zdeprawowanym świecie, ale ci, którzy oglądali pierwowzór, doskonale wiedzą, jak to będzie z tym światełkiem. Oryginalne „Animal Kingdom” było rodzajem przygnębiającej przypowieści unurzanej w beznadziei świata przedstawionego, opowiadającej o ludziach, którzy nie są w stanie żyć inaczej. Telewizyjna wersja może okazać się jeszcze bardziej dołująca, choćby przez swoją długość. Rzecz w tym, że ciężko to przestać oglądać, tak jak ciężko jest zrezygnować z napoczęcia zakazanego owocu. Zwłaszcza, że pomaga w tym reszta bardzo dobrze dobranej obsady ( Shawn Hatosy w roli Pope’a potrafi zmrozić krew w żyłach). Oglądamy więc te zakazane zabawy, niedostępne większości społeczeństwa i zazdrościmy poczucia (fałszywej) wolności tylko troszeczkę, przede wszystkim ciesząc się, że ta wypływająca z ekranu degrengolada nas nie dotyczy. Taką mam przynajmniej nadzieję.

 

 

James Jean DB
Poprzedni

James Jean - rozmarzony romantyzm [galeria]

Albatros
Następny

Igrając z ogniem - nietypowa powieść Gerritsen [recenzja]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz