SERIALE 

Baskets – znakomita, nieśmieszna komedia [recenzja]

Premiera serialu „Baskets” przeszła trochę bez echa. A szkoda, bo mamy do czynienia z najciekawszą komediową produkcją sezonu. Choć faktem jest, że to z pewnością komedia nie dla wszystkich.

Zach Galifianakis pewnie już na zawsze będzie kojarzył się większości widowni z rolą pokręconego Alana z serii „Kac Vegas”. Występem w „Baskets” na pewnym poziomie nawiązuje do tej postaci, bowiem znowu mamy do czynienia z portretem dużego dzieciaka, w którego osobowości ścierają się skrywana wrażliwość z miejscami odpychającą, ale także będącą źródłem mnóstwa gagów obcesowością.

Za stworzeniem postaci  głównego bohatera „Baskets”, stoi obok Galifianakisa inny, specyficzny amerykański komik, także występujący przed publicznością w programach stand-up i w serialach,  Louis C.K. A to oznacza, że będziemy mieli do czynienia ze śmiechem trochę innego rodzaju.

Jego Chip Baskets, facet w okolicach czterdziestki, z zawodu jest klaunem. Wydał fortunę na przygotowującą do tego fachu szkołę we Francji, gdzie zajęcia były prowadzone wyłącznie po francusku, czyli języku, którego bohater nie zna. W Paryżu Chip zakochuje się w pięknej Penelopie, która jednocześnie okazuje się być wielce wyrachowaną kobietą – zgadza się wyjść za niego za mąż i wyjechać do Stanów w zamian za zieloną kartę. Jakiś czas po powrocie mieszkają już oddzielnie, choć Chip cały czas pozostaje pod zgubnym urokiem pani swojego serca. Może gdyby poszedł do normalnej pracy, zaczął przyzwoicie zarabiać i mógł utrzymywać żonę, byłaby szansa na uratowanie związku? Jednak od zawsze jego największym marzeniem, silniejszym nawet od uczucia miłości było wykonywanie zawodu klauna. Dostaje w końcu wymarzoną pracę, ale raczej nie do końca zgodną z jego wizją, dodatkowo bardzo marnie płatną. Jest klaunem na rodeo i zabawia publiczność ciągłymi ucieczkami przed rozjuszonym bykiem. Mogłoby być lepiej, ale Chip się nie skarży i jeśli tylko może, przemyca na scenę podpatrzone w szkole, liryczne elementy występu, które jednak amerykańskiej publiczności wydają się zbyt wyrafinowane. Trudno, ważne, że po prostu może robić swoje.

Przedstawiając pokrótce tę fabułę, tak naprawdę pływamy zaledwie po jej powierzchni. Portret wrażliwego artysty? A gdzie tam, Chip to ktoś znacznie więcej, być może właśnie tak zachowywałby się Piotruś Pan, gdyby w końcu stał się dorosły. To typek mało sympatyczny i obcesowy, żyjący w cieniu odnoszącego zawodowe sukcesy brata bliźniaka (w tej roli, nawet bardziej komicznej niż wiodąca, także oczywiście Galifianakis). Na dodatek wciąż jest beznadziejnie zakochany w wykorzystującej go kobiecie. To wszystko dostrzega poczciwa matka Chipa, która gdy tylko nadarza się okazja, nachalnie próbuje przekonać go do związku z ledwo co poznaną przez niego agentką ubezpieczeniową. Ten zaś, zamiast zwrócić uwagę na nieporadnie adorującą go kobietę, zaczyna bez umiaru korzystać z jej wrodzonej uległości.

No dobrze, to gdzie tutaj komedia? Otóż, za stworzeniem postaci  głównego bohatera, obok Galifianakisa stoi inny, specyficzny amerykański komik, także występujący przed publicznością w programach stand-up i w serialach,  Louis C.K. To wszystko oznacza, że będziemy mieli ze śmiechem trochę innego rodzaju, raczej o charakterze depresyjnym, po prostu śmiechem smutnego pajaca. I rzeczywiście, trudno zdefiniować przepełniający „Baskets” humor, bo nawet jeśli poszlibyśmy tropem fabularnych, sytuacyjnych absurdów, to wciąż będzie za mało. Zamiast się śmiać, znacznie częściej wyrzucamy z siebie podczas kolejnych odcinków jak najbardziej szczere „what the fuck?” i bardzo w tym budowaniu uczucia konsternacji pomagają pozostali aktorzy. Klasą samą w sobie jest Martha Kelly w roli jakby pozbawionej emocji, mówiącej wciąż tym samym, jednostajnym tonem agentki ubezpieczeniowej. Natomiast całkowicie niszczy system potężny posturą aktor, komik Louie Anderson, który gra… matkę Chipa – czwarty odcinek, w którym rodzina Baskets spędza ze sobą Wielkanoc to popis totalnej, komediowej dramy.

Owszem, na tej i na innych scenach  serialu co prawda nie tarzamy się ze śmiechu po podłodze, ale i tak ów humor ma wielką wartość terapeutyczną. Bo w końcu zaczynamy rozumieć, co chcą nam przekazać  twórcy, podpatrujący poczynania wykreowanych przez siebie, wcale znowu nie tak szalonych i odstających od rzeczywistości postaci. Ta komedia nie usiłuje być śmieszna na siłę,  śmieszne jest w niej – momentami nawet przerażająco – samo życie. Kiedy to do nas (czy może raczej – do części z nas) wreszcie dociera, z oglądania tego smutnego serialu zaczynamy czerpać wielkie pokłady przyjemności, pocieszenia i poczucia wspólnoty. Bo przecież, na pewnym poziomie naszej absurdalnej egzystencji wszyscy jesteśmy pajacami.

Huffington Post
Poprzedni

Prashant Nair - wszystko przez Twittera [wywiad]

The Kitten Covers
Następny

Klasyczne okładki albumów odtworzone przez koty [galeria]

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki", jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku. W 2014 roku dołączył do zespołu Dzikiej Bandy.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz