SERIALE 

Beyond – i znów ten Stephen King [recenzja]

„Beyond” podobnie jak ubiegłoroczne „Stranger Things” jest serialowym hołdem dla twórczości Stephena Kinga. W przeciwieństwie jednak do produkcji Netflixa, „Beyond” cierpi na pewną wstydliwą przypadłość – jest kompletnie pozbawione pomysłu na to, jak wyjść poza kopiowanie pomysłów Kinga.

Holden był nastolatkiem, kiedy zdarzył się wypadek. Uciekał przed grupą osiłków i spadł w motocyklu. Mija dwanaście lat. Holden budzi się ze śpiączki. Nie jest już chłopcem, a młodym mężczyzną. Niebawem odkrywa też, że posiada nadprzyrodzone zdolności. W poskromieniu ich pomagać będzie mu tajemnicza Willa, zaś ścigać będą dziwni agenci.

Nie trzeba być fanem Kinga i znać wszystkie jego powieści, aby po takim wstępie rozdzwoniły się wszystkie dzwony w głowie. „Beyond” to bowiem nic innego, jak dość bezczelna układanka, posklejana z wątków rozsypanych w całej twórczości mistrza grozy. A zatem mamy tu motyw z „Martwej strefy” (wypadek, śpiączka, pobudka z mocami), nawiązanie do „Podpalaczki” i „Carrie” (telekineza, agenci rodem ze „Sklepiku”), początek z kolei to nic innego jak cytat ze „Stand By Me” (stacja wodna i wypad przyjaciół). Elementów wspólnych jest zresztą więcej. Nawet imię głównej bohaterki – tajemniczej Willi – bezpośrednio nawiązuje do twórczości Kinga.

Dawno nie widziałem tak patchworkowego serialu, którego każdy element z czymś by się kojarzył i coś przypominał. Dobra – „Stranger Things” skonstruowano podobnie, z tą jednak różnicą, że tam twórcy włożyli jednak sporo energii w konstruowanie swojego patchworka. Tu postawiono na bezmyślną odtwórczość. Scenarzyści nie zadali sobie trudu w konstruowaniu postaci, przez co Holden i jego znajomi bardziej przypominają wycięte z kartonu figurki, niż postaci. Świat przedstawiony ogranicza się do bezustannego powielana cudzych pomysłów, a całość przypomina niezbyt dopracowaną chińską podróbę, a nie autorski produkt.

Oczywiście ogląda się to szybko i bez większego bólu, ale to akurat nie jest zbyt wielkim osiągnięciem. W końcu realizację powierzono tu telewizyjnym rzemieślnikom, którzy wcześniej tworzyli „Heroes”, „Battlestar Galactica” „Czarną listę”, „Nikitę” czy „CSI: Nowy York”. Realizacyjnie zatem wstydu nie ma, ale finalny produkt budzi ambiwalentne uczucia. Rozumiem, że Stephen King dziś jest już żywym klasykiem i autorem wielbionym, ale prościej chyba było kupić od niego pomysł, niż w nieudolny sposób, kopiować.

dirk-gently
Poprzedni

Holistyczna agencja detektywistyczna Dirka Gently'ego - fantastycznie zwariowane śledztwo [recenzja]

pasazerowie
Następny

Pasażerowie - Seks w kosmosie [recenzja]

Robert Ziębiński

Robert Ziębiński

Dziennikarz, pisarz. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przez ostatnie osiemnaście lat pracował i publikował w takich tytułach jak „Tygodnik Powszechny”, "Gazeta wyborcza", "Rzeczpospolita", „Przekrój”, „Newsweek”, „Nowa Fantastyka”. Wydał powieść „Dżentelmen” (2010), krytyczne„13 po 13” (wspólnie z Lechem Kurpiewskim, 2012), pierwszą polską książkę o Stephenie Kingu „Sprzedawca strachu” (2014) "Londyn. Przewodnik Popkulturowy" (2015) i "Wspaniałe życie" (2016) (WAB). Drukował opowiadania m.in. w "Nowej Fantastyce", w antologiach „17 Szram” (2013), „City 2” (2011).

3 Comments

  1. Pataszon
    2017-01-11 at 23:19 — Odpowiedz

    Nie zgodze sie z recenzentem. Nie jest to breaking bad ale serial jest godny uwagi. Polecam serdecznie

  2. 2017-01-12 at 17:51 — Odpowiedz

    Weźcie mu zabierzcie klawiaturę, bo przez niego potrzebował maści na ból dupy.

Dodaj komentarz