SERIALE 

Bibliotekarze, Sezon 2 – Gdyby Indy wybrał bibliotekoznawstwo… [recenzja]

„Bibliotekarzy” wspominam jako radosny, pulpowy serial. Taki miejski „Indiana Jones” dla ludzi spragnionych przyjemnego procedurala. Na antenie właśnie ląduje nowy sezon. Czy zapewnia równie dobrą zabawę, co poprzedni?
Jeśli przyjęliście całą konwencję z aprobatą, to i wesołe, budżetowe czary-mary z niezbyt wysokiej półki będą do przełknięcia. W gruncie rzeczy serial ma naiwną, ale elegancką i przyjemną stylówę, której konsekwentnie się trzyma.

Gwoli przypomnienia. Serial jest kontynuacją trylogii filmów telewizyjnych. Szerzej pisaliśmy o tym przy okazji recenzji Pawła. Tytułowi bibliotekarze to grupa poszukiwaczy przygód tropiących starożytne tajemnice i artefakty. W poprzedniej serii zmagali się z tajemniczym bractwem pragnącym przywrócić rządy magii na świecie. Przypominają trochę rpgową drużynę wrzuconą we współczesny serial. Mamy dzielnego, szalonego przywódcę, piękną wojowniczkę, zręcznego złodzieja… i tak dalej.

Ekipa głównych bohaterów w wyniku wydarzeń z poprzedniego sezonu się rozpadła. Zajęci swoimi sprawami, wciąż jednak tęsknią do adrenaliny, jaką dostarczała im praca w bibliotece (sic!). Na powrót gromadzi ich sprawa pewnego muzeum w Nowym Jorku, nad którym – dosłownie – gromadzą się czarne chmury. Poróżniona drużyna musi stawić czoło nowemu wrogowi, kryjącemu się dotąd w cieniu. Przyznacie – nie brzmi to jakoś szczególnie zachęcająco, ale diabeł tkwi w szczegółach.

To nadal niespecjalnie wymagający serial z ADHD. Tyle, że daje mnóstwo frajdy z oglądania.  Pomiędzy kolejnymi, fajnie dobranymi kliszami, dzięki którym widz czuje się jak u siebie w domu,  można znaleźć fajne smaczki i odniesienia. Parę z nich wpłynie na rozwój fabuły. Ta zaś płynie poprawnie, z prądem – jest dobrze odrobioną rzemieślniczą fuchą.

Momentami zgrzytała przedobrzona gra aktorska. Wiecie, reżyser najwyraźniej zapomniał aktorom powiedzieć, że strojenie min godnych dziarskich nastolatków z seriali z lat 90′ jest już trochę passe i nie do końca współgra z fizjonomią dorosłych ludzi. Na szczęście w dwóch odcinkach, które dotąd sprawdziłem – zdarzyło się to raptem parę razy. Tu i tam nadrabiają zresztą aktorzy pojawiający się na gościnnych występach.

W warstwie efektów specjalnych atakuje nas radosny, tryskający świetlnymi rozbłyskami camp. Jeśli przyjęliście całą konwencję z aprobatą, to i wesołe, budżetowe czary-mary z niezbyt wysokiej półki będą do przełknięcia. W gruncie rzeczy serial ma naiwną, ale elegancką i przyjemną stylówę, której konsekwentnie się trzyma. Czuć tu – niczym w przygodach Indy’ego – uwielbienie dla antyków i reliktów przeszłości.

Koniec końców – „Bibliotekarzy” wciąż ogląda się bardzo przyjemnie. To idealny odmóżdżacz na jesienny wieczór. Pozwoli Wam raz czy drugi się uśmiechnąć. Są szajbnięci panowie, jest jakaś tajemnica, w miarę charyzmatyczny wróg i piękna dziewoja. Jedna z drugą. Czego chcieć więcej po ciężkim dniu w pracy czy szkole?

Drugi sezon startuje już 8 listopada na Universal Channel.

FX
Poprzedni

Blaski i cienie współczesnych antologii serialowych

Sony Music
Następny

Annoyance & Disappointment - w dobrą stronę [recenzja]

Hubert Sosnowski

Hubert Sosnowski

Rocznik 1991, zodiakalny bliźniak, który raz nie może usiedzieć w miejscu, a kiedy indziej zaszywa się w swojej pieczarze. Z tego tytułu znajduje czas zarówno, na wyżywanie się na macie, jak i wycieczki w świat filmów, książek, komiksów, gier, larpów i muzyki, a czasem nawet i w otchłań studiów. Opublikował parę tekstów tu i tam, w "Science Fiction Fantasy i Horror", "LiteRacjach" oraz w portalach internetowych. Od 2014 regularnie publikuje w Dzikiej Bandzie.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz